Ten wpis będzie dość długi. Temat, który chcę poruszyć jest mi bardzo bliski i poświęciłem na jego zgłębianie dużo czasu. W pewnym okresie swojego życia zauważyłem, że bardzo różnię się od większości swoich rówieśników. Zacząłem wtedy szukać informacji, które pomogłyby mi zrozumieć kim jestem, dlaczego taki jestem i czy przymiotnik „normalny” w ogóle do mnie pasuje. 

Chciałem poznać swoje mocne strony, ponieważ ich nie dostrzegałem. Widziałem jedynie to, że jestem nieśmiały, niepopularny i nie radzę sobie z dziewczynami. Mimo że już w podstawówce trzymałem się raczej na uboczu i bałem się grasujących po korytarzach band chłopaków, którzy bili innych, moje problemy stały się naprawdę wyraźne w pierwszej klasie liceum. Dostałem się do prestiżowej „Piątki” w Krakowie i wspomnienia, które mam z tamtych czasów są okropne.

Znalazłem się w nowym mieście i zupełnie nieznanym środowisku. Ludzie, których spotykałem w tym liceum wydawali mi się tacy obcy i nieswoi, że nawet nie miałem ochoty przebywać w ich towarzystwie. Byli przebojowi, pewni siebie, wygadani i sprawiali wrażenie mądrzejszych.  Szukałem kogoś, kto byłby moją bratnią duszą, jednej osoby, z którą mógłbym zbudować jakąś relację i poczuć się bezpieczniej w tym stresującym środowisku.

Kolega z którym na początku siedziałem w ławce szybko mnie opuścił. Na szczęście niedługo potem dopisał się do naszej klasy inny gość, którego poznałem na zajęciach z niemieckiego, i któremu dość sporo opowiedziałem o naszym profilu. Byłem na humanie, a on chciał się przenieść na human. 

  Okazało się, że dobrze się rozumiemy i ostatecznie zostaliśmy swoimi ławkowymi towarzyszami już do końca roku szkolnego. Gdyby nie on, byłbym najbardziej samotnym uczniem w klasie, bo po prostu nikt z innych chłopaków (poza jedynym, który był już, by tak rzec, zajęty) mi towarzysko nie odpowiadał. A do dziewczyny nie ośmieliłbym się przysiąść za żadne skarby. 

Po roku spędzonym w Piątce, ze względu na sytuację rodzinną i finansową musiałem opuścić Kraków i wrócić do miejscowości, w której się wychowałem – Miechowa, położonego 40 km na północ od Krakowa. 

Dziękowałem Bogu, że tak się stało, mimo że był to okres mojego zatwardziałego ateizmu i całkowitej negacji wszystkiego, co śmierdziało mi religią.

Dziękowałem Bogu, ponieważ ilość stresu jakiego się najadłem się w tym liceum była największa w całym moim życiu. Odbiło się to na moim zdrowiu fizycznym i do dziś mój żołądek jest wyczulony na pewne bodźce i reaguje wtedy nie tak, jak powinien. 

Wróciłem więc do Miechowa i moich starych znajomych, których znałem z przedszkola i podstawówki. Zapisałem się do klasy liceum, w której akurat większość z nich się zgromadziła. Czułem się tam o niebo lepiej. Kompletnie straciło na znaczeniu to, że poziom nauczania był dużo niższy niż w Krakowie. Liczyło się dla mnie tylko to, że czułem się bezpiecznie. 

Mimo że znalazłem się w dużo bardziej przyjaznym i wyluzowanym otoczeniu, moje problemy nie zniknęły. Liceum to był okres, w którym moje poczucie własnej wartości sięgnęło totalnego dna. Wtedy też postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić. Kupiłem książkę, którą tutaj niebawem zrecenzuję dotyczącą budowania poczucia własnej wartości i odkryłem w niej… duchowość. Mimo że była napisana przez psychologa, jej esencja była czysto duchowa, choć oczywiście wtedy tak tego nie nazywałem. Jej lektura była dla mnie olbrzymim krokiem w stronę intensywnego rozwoju i wyzwalania się ze wszystkich sideł, które miałem w swojej głowie. 

Ten proces rozwoju duchowego zaczął się jednak już dużo wcześniej, mniej więcej w okresie gimnazjum. Wiem, że gimbusy kojarzą się powszechnie z pustą głową i totalną głupotą, ale musisz uwierzyć mi na słowo, że ja byłem zupełnie inny. Ponadprzeciętnie dojrzały mentalnie, jak na swój wiek. W okresie nastoletnim przeżyłem bardzo pouczające doświadczenie, w wyniku którego zorientowałem się, że w poszukiwaniu szczęścia naprawdę muszę zwrócić się do wnętrza siebie. Pisałem o takich kamieniach milowych w tym poście. Mnie jeden z nich uderzył z wielkim impetem, gdy pewnego razu wpadła mi ramiona dziewczyna, za którą szalałem w sumie od podstawówki. Biorąc pod uwagę moje społeczne nieogarnięcie, było to największe możliwe szczęście, jakie mogło spotkać chłopaka takiego, jak ja. Pamiętam swój gigantyczny szok, gdy całując ją po szyi myślałem o tym, że wcale nie czuję się spełniony i szczęśliwy. Jak to do cholery możliwe?? Przecież to miłość mojego życia!

Zrozumiałem wtedy, że istnieje coś jeszcze wyższego niż zakochanie. Że nie ma takiego dobra w tym świecie, które tę pustkę jest w stanie zaspokoić. Skoro nawet moja ukochana nie była w stanie, tym bardziej nie uczynią tego pieniądze, sława, samochody itp. itd. Muszę zacząć szukać w sobie. 

I zacząłem.

I znalazłem. 

Równolegle z tymi poszukiwaniami prowadziłem inne, które pozwoliłyby mi lepiej zrozumieć swoją psychiczną naturę. Było oczywiste, że jestem dużo wrażliwszy niż mój typowy rówieśnik. Uznawałem to za swoją słabość, przeszkodę na drodze do przebojowości i osiągnięć w otaczającym mnie świecie. Nie miałem pojęcia, że dysponuję wielką siłą i sprawnością, lecz w zupełnie innym obszarze niż ten, na który cały czas zwracałem uwagę. 

Odkąd pamiętam, na dłuższą metę inni ludzie zawsze działali na mnie wyczerpująco. Nawet jeśli spędzanie z nimi czasu sprawiało mi przyjemność, musiałem potem odpocząć w całkowitej samotności, żeby się zregenerować. Dopiero gdy byłem sam, czułem się naprawdę bezpiecznie. Czułem się wolny. Mogłem wreszcie zdjąć zbroję, którą nieświadomie ubierałem, gdy wychodziłem do ludzi, mogłem uwolnić się od konieczności reagowania na komunikaty i całej tej wyczerpującej PR – owej gry społecznej, w której musisz zachowywać się w odpowiedni sposób i pokazywać odpowiednie emocje, by inni reagowali na ciebie pozytywnie, albo chociaż neutralnie. 

Maska socjalna zawsze była dla mnie cholernie ciężka. 

Z daleka od ludzi mogłem za to przebywać bardzo długo bez strat na nastroju. Czułem się lekko, swobodnie i w zasadzie nigdy się nie nudziłem, niezależnie od tego czy wychodziłem z domu czy nie. Uwielbiałem bawić się ze swoimi myślami, słuchać muzyki, badać własne wnętrze i próbować modyfikować swoje stany emocjonalne. Zgromadziłem ogromną ilość notatek, które tworzyłem zawsze, gdy w mojej głowie pojawiło się jakieś ciekawe spostrzeżenie na temat prawideł rządzących moją psychiką, prawideł, które można uogólnić również na innych ludzi i przez to lepiej ich zrozumieć. 

Mniej więcej w tym okresie wpadła mi w ręce znana na całym świecie książka „Sekret” traktująca o Prawie Przyciągania. Narobiła ona w moim życiu sporo chaosu, ale sprawiła też, że z jeszcze większą pasją zacząłem zgłębiać zakamarki swojego umysłu. 

Pewnego dnia szukałem informacji, które pozwoliłyby mi w prosty sposób wytłumaczyć staremu znajomemu, dlaczego nie chcę zostać dłużej na imprezie, którą organizował. Wtedy po raz pierwszy natknąłem się na słowo „introwertyk” i opadła mi szczęka. Jest to osoba, która czerpie energię ze swojego świata wewnętrznego i wydatkowuje ją w świecie zewnętrznym. Ktoś, kto ładuje akumulatory przebywając w samotności. Ktoś  przedkładający jakość nad ilość relacji społecznych. Ktoś wrażliwy i czujny, nie będący duszą towarzystwa. Osoba, która woli pracować samodzielnie niż w grupie. „Człowiek myśli”, a nie „człowiek czynu.”

To wszystko tak bardzo pasowało do mnie, że byłem oszołomiony. Gdzieś tam w środku zaakceptowałem już, że jestem dziwakiem, że sposób w jaki żyję jest nienormalny, a moje reakcje nieadekwatne. Teraz okazało się, że nie dość, że jestem normalny, to jeszcze naturalnie dysponuję predyspozycjami, których nie posiada moje przeciwieństwo – ekstrawertyk. Typ człowieka, którego zawsze podziwiałem i chciałem być jak on.

Temat pochłonął mnie totalnie. 

Dziś uważam, że ekstrawersja – introwersja to najważniejszy wymiar opisujący osobowość człowieka. Jest on w ogromnym stopniu związany z budową układu nerwowego. Układy wysokopobudliwe, czyli takie, którym nie trzeba silnego bodźca do wywołania znaczącej reakcji, i które same z siebie znajdują się na wystarczającym poziomie pobudzenia predysponują do rozwoju osobowości introwertycznej. Z kolei układy niskopobudliwe muszą ciągle dostarczać sobie stymulacji zewnętrznej, inaczej czują się po prostu źle. W takiej sytuacji najprawdopodobniej rozwinie się u człowieka osobowość ekstrawertyczna. 

Ekstrawertyk i introwertyk prowadzą życie w taki sposób, żeby poziom zewnętrznej stymulacji był dla nich optymalny. Introwertyk nie potrzebuje silnych bodźców, żeby osiągnąć satysfakcjonujący poziom pobudzenia, dlatego jego styl życia nie polega na ciągłym poszukiwaniu wrażeń. Osoba taka zwraca się do wnętrza siebie, rozwija zdolność introspekcji i inteligencję intrapersonalną. Uczy się wewnętrznej samokontroli, rozpoznawania swoich emocji, obserwacji myśli i praw rządzących umysłem. Zaczyna bardzo wcześnie w życiu zagospodarowywać i rozwijać swój wewnętrzny świat. Siłą rzeczy zamienia go w ten sposób w dobrze znane oraz przyjazne miejsce, w którym czuje się bezpiecznie. Ostatecznie zdobywa wewnętrzną władzę i staje się w dużym stopniu niezależna emocjonalnie od wydarzeń dziejących się dookoła niej. 

Z kolei ekstrawertyk bardzo szybko ujawnia kompetencje do wywierania wpływu na otaczający go świat. Uważa, że to ten zewnętrzny świat i inni ludzie są jego domem, a nie jego głowa. Poszukując stymulacji ekstrawertyk zdobywa coraz większe umiejętności w radzeniu sobie z otaczającą go rzeczywistością, coraz lepiej ją poznaje i bardzo szybko odnosi widzialny, materialny sukces. Jest podziwiany, jest liderem, jego życie bardzo ciekawie wygląda z zewnętrz, szczególnie dla płci przeciwnej. 

Taki rozkład akcentów sprawia, że obydwa typy mają obszar swojego życia, któremu poświęcają zazwyczaj mniej uwagi niż temu, w którym czują się bardziej komfortowo, co sprawia, że ten pierwszy jest nieco gorzej rozwinięty. Ekstrawertyk lepiej radzi sobie z tym, co na zewnątrz, a introwertyk z tym, co wewnątrz. To jest normalne, że jak jesteś wysoki, to chętniej grasz w koszykówkę, bo częściej wygrywasz i lepiej Ci to wychodzi. Podobnie introwertyk, którego biologia motywuje do unikania nadmiaru stymulacji chętniej zajmie się jakąś niskostymulującą aktywnością i będzie gorszy w tej wysokostymulującej.

Problem w jakim znajduje się introwertyk w społeczeństwie polega na tym, że jego wewnętrznych kompetencji, czy osiągnięć nie widać na pierwszy rzut oka, a za to często widać od razu brak umiejętności, albo sukcesów zewnętrznych, które ma ekstrawertyk. Z kolei u ekstrawertyka brak kompetencji wewnętrznych nie jest tak wyrazisty i niknie w blasku robiących wrażenie zdolności do radzenia sobie z tym, co dookoła. Niskie EQ u ekstrawertyka chętniej zinterpretujesz jako bycie władczym i dominującym, a nie jako zwykłą wadę charakteru, nad którą trzeba popracować. Jego brak samokontroli będzie dla Ciebie spontanicznością, a podatność na wpływy społeczne – byciem trendy.

Stąd właśnie bierze się ów „ideał ekstrawertyka” o którym w doskonałej książce pt. „Ciszej proszę… Siła introwersji w świecie, który nie może przestać gadać” pisze Susan Cain. Książkę tę zrecenzuję niebawem, miała ona na mnie wielki wpływ. 

Nic dziwnego, że introwertyk jeśli jest nieświadomy własnej wartości i mocnych stron czuje się po prostu gorszy. Człowieka, który jest wrażliwy łatwo zahukać, zdominować i stłamsić. Nieśmiałość, wycofanie społeczne i nieasertywność to terminy, które najczęściej kojarzą się ludziom z byciem introwertykiem, mimo że mogą one w równym stopniu dotyczyć obydwu typów temperamentu, a wręcz powiedziałbym, że ekstrawertyk ma w tej kwestii gorzej i już tłumaczę dlaczego.

Otóż introrwertyka i ekstrawertyka różnicuje hierarchia wartości. Mówiąc w wielkim skrócie i uproszczeniu dla tego pierwszego to, co wewnątrz jest święte. Wszystko dookoła może się palić i walić, ale własna głowa to jest Sacrum i to ono będzie zawsze najsilniej chronione. Porażka na zewnątrz nie będzie dla niego tak bardzo dotkliwa, jeśli kryterium tej porażki jest ustanowione przez społeczeństwo, a nie przez osobiste wymagania wobec samego siebie. Ekstrawertyk odwrotnie, ceniąc najbardziej świat relacji międzyludzkich, będzie ogromnie przeżywał wszelkie swoje porażki widoczne dla innych, a zbagatelizuje to, że nie potrafi usiedzieć w ciszy 20 minut, bo przecież i tak nikt tego nie widzi i i nie docenia. To ekstrawertyk jest więc bardziej narażony na cierpienie z powodu społecznej dezaprobaty niż introwertyk, który zwyczajnie machnie na to ręką i skupi się na sobie.

Gdy uważnie przyjrzymy się obu typom temperamentu to zrozumiemy, że żaden z nich nie jest ani lepszy ani gorszy, obydwa mają zarówno swoje silne strony, jak i słabości. Co ciekawe typy te występują również w świecie zwierząt i odzwierciedlają dwie główne strategie przetrwania. 

Pierwsza strategia polega na refleksyjności, ostrożności i byciu wyczulonym na zagrożenia. Osobniki, które się nią kierują to tacy zwierzęcy introwertycy. Druga to podejmowanie ryzyka, działanie szybko, bycie pierwszym, szybszym i odważniejszym. 

Czy któraś z tych strategii jest lepsza? Otóż nie. Zależnie od tego w jakim środowisku umieścimy zwierzęta kierujące się jedną bądź drugą strategią, będą sobie one radziły lepiej lub gorzej.  

Zwierzęta ekstrawertyczne będą śmiało poszukiwać pożywienia, eksplorować nieznane tereny, uprawiać seks częściej i płodzić więcej potomstwa. Łatwiej będzie im przetrwać, gdy na danym terenie pogorszą się warunki życia, bo po prostu je zmienią. Jednak ich odwaga i brak ostrożności często będą skutkować pożarciem przez większego drapieżnika, wpadnięciem w zasadzkę, lub śmiercią na 1000 innych sposobów, które mogą spotkać każdą żywą istotę, podejmującą jakieś ryzyko. Im bardziej niebezpieczne środowisko, tym zachowania ekstrawertyczne są mniej opłacalne dla danego gatunku, bo więcej jego przedstawicieli ginie. Co wtedy? Gdzie jest bufor bezpieczeństwa, który ochroni całą populację przed wyginięciem?

Ten bufor to introwertycy. W jednej z książek na temat terapii ACT znalazłem fajną, prostą historyjkę, która dobrze obrazuje działanie tego bufora. Pozwolę sobie ją tutaj sparafrazować.

W prehistorycznej jaskini siedzi sobie jaskiniowiec introwertyk i jaskiniowiec ekstrawertyk. Ten drugi wrócił z polowania, przytaszczył mnóstwo jedzenia i jeszcze przyporwadził sobie kobietę, zachwyconą jego siłą i sprawnością. W drugim kącie jaskini introwertyk (oczywiście sam, bo żadna kobieta nie chce strachliwego chłopa bez zasobów) obskubuje starą kość jakiejś antylopy, na której już prawie nie ma mięsa. Na polowanie chodzi bardzo rzadko i nie zapuszcza się daleko, dlatego najczęściej głoduje. 

Pewnego dnia jego ekstrawertyczny kolega znów wyrusza na polowanie, ale tym razem coś długo nie wraca. Nie ma go dzień, drugi, trzeci, czwarty. Co robi jego współlokator? 

Gramoli się powoli ze swojego kąta, nieśpiesznym krokiem przechodzi na drugi koniec jaskini i kurtuazyjnie pociesza osamotnioną samiczkę upraszając jednocześnie, by nie próbowała się nawet do niego przytulać, bo mogłoby to splamić honor jej bohaterskiego męża. 

Wracając do naszych czasów, to co zrozumiałem na temat własnej natury przyniosło mi głęboki spokój wewnętrzny. Przestałem walczyć z samym sobą, przestałem pałować się za to, że wolę częściej spędzać czas sam ze sobą niż z innymi ludźmi. Zamiast działać przeciwko temu, jaki jestem zacząłem to szanować i z tym współpracować. Przestałem próbować być ekstrawertykiem, a zacząłem wyrabiać w sobie cechy ekstrawertyka. To ogromna różnica. Ale o tym w kolejnym wpisie.

Jeśli jesteś intro, to wiedz, że Ty wcale nie masz i nie musisz być duszą towarzystwa. Nie musisz czuć presji na bycie bossem w świecie. Nie musisz tyle osiągąć, nie musisz mieć szerokich sieci kontaktów, nie musisz podróżować po całym globie, być majętny jak Bill Gates i co noc zmieniać kochanki, albo kochanków. Wystarczy Ci jedna osoba, za którą bez wahania oddałbyś życie, przytulny domek, sprawne auto, godziwe pieniądze, fajne wypady od czasu do czasu. Mistrzostwo zaś osiągaj w tym wymiarze, w którym czujesz się najlepiej. Rozwijaj te umiejętności, które utylizują Twoje naturalne predyspozycje, a nie forsuj się tam, gdzie po prostu masz gorzej z racji tego, jaki się urodziłeś. Uważaj na tę popularną mądrość o „ ciągłym wychodzeniu ze strefy komfortu”, bo jeśli weźmiesz ją sobie zbyt mocno do serca, na dłuższą metę sam sobie zaszkodzisz. 

Wszyscy kołcze najchętniej wypychaliby nas ze strefy komfortu, ale nikt już nie tłumaczy, jak robić to mądrze. Gdybyśmy mieli zastosować tę zasadę po równi dla ekstrawertyków i introwertyków, to ekstrawertków zamykalibyśmy w celi i kazali im spędzać całe tygodnie zupełnie samemu w ciszy i zamknięciu (bo to właśnie dla nich jest wyjście na maksa ze strefy komfortu), a introwertyków wystawialibyśmy na wysokostymulujące bodźce każąc im pełnić stanowiska kierownicze w wielkich firmach albo uprawiać sporty ekstremalne. 

Jedni i drudzy by oszaleli. 

Rozumiem, że nasza introwertyczna natura bywa kłopotliwa, sprawia nie raz dużo problemów i musimy wykraczać poza jej ograniczenia. Zwłaszcza jeśli chcemy odnaleźć swoją bratnią duszę w tym szalonym świecie, a już szczególnie, gdy jesteśmy facetami i nie wystarczy po prostu wrzucić swojej ślicznej buźki do internetu, żeby móc przebierać bez końca wśród napalonych na nas kobiet. 

Jako faceci mamy swoją robotę do zrobienia i trzeba wziąć to na klatę. Ja tego nie neguję. To jest wręcz fajne, że mam społeczne przyzwolenie na to, żeby podejść do jakiejś kobiety, zaczepić ją tylko dlatego, że mi się podoba i w ogóle nie musieć się z tym kryć. Kobieta nie ma tak dobrze. Kobieta może tylko wysyłać Ci spojrzenia, krążyć wokół Ciebie i czekać na Twój ruch. Nie zawiedź jej. Nawet jeśli jesteś introwertykiem, nie możesz jej zawieść. No chyba że Ci się nie podoba. 

Wracając do strefy komfortu. Jeśli wybierasz sobie zawód, czyli coś, co będziesz robił około 8 godzin dziennie do końca życia, albo do czasu jak zbudujesz dochody pasywne (bo chyba nie jesteś tak naiwny, żeby liczyć na godziwą emeryturę w tym kraju), lepiej żebyś wybrał coś, co przychodzi Ci możliwe jak najlżej. Zawód jest jak maraton. Nie możesz zapierniczać, będąc cały czas na granicy swojej wytrzymałości nerwowej, bo się po prostu zniszczysz. Jeżeli nie ustawisz się w życiu tak, żeby to Twój najsilniejszy mięsień był obciążany przez te 8 godzin dziennie, a nie najsłabszy, to masz problem. 

Jeśli jesteś intro, a zwłaszcza jeśli jesteś WWO/HSP to zajmij się programowaniem, badaniami naukowymi, grafiką komputerową, albo pisarstwem, tak jak ja. Nie pchaj się na stanowiska kierownicze. Albo ok, pchaj się, doświadcz, sprawdź i sam wyciągnij wnioski najlepsze dla siebie. Może akurat poziom stymulacji będzie dla Ciebie optymalny ze względu na specyfikę zadań i/lub firmy, bądź organizacji, którą zawiadujesz. Albo ze względu na wyjątkowość Twojej osobowości. Wszystko jest możliwe. 

Wychodzenie ze strefy komfortu jest dobre i rozwijające, ale po przekroczeniu pewnej granicy przestaje takie być. To tak jak z ciałem, które zaczyna się niszczyć, a nie wzmacniać, gdy przesadzisz z treningiem. Osoba wrażliwa, która jest mniej odporna na bodźce, powinna szczególnie uważać na takie nerwowe przetrenowanie i rozsądnie zarządzać swoją dawką stymulacji, aby stawać się coraz silniejszą. Poza tym poszerzanie tej naszej bezpiecznej bańki nie polega tylko na robieniu stresujących nas rzeczy i stępianiu własnej reakcji emocjonalnej na nie. W grę wchodzi także zmiana własnych przekonań, nabywanie niezbędnych umiejętności i właściwie wszystkie zagadnienia z obszaru rozwoju duchowego, o których piszę na tym blogu. Przyzwyczajenie się do określonego bodźca jest tylko jednym z elementów i bynajmniej nie wystarczającym.

Gdy podejdziemy z głową do naszego rozwoju to strefa komfortu, czyli poziom wyzwania wobec którego czujemy, że sobie z nim poradzimy, rzeczywiście się poszerzy i po pewnym czasie będziemy w stanie robić takie rzeczy, o jakich nawet nie myśleliśmy, że mogą być w naszym zasięgu. Miałem tak na studiach z wystąpieniami publicznymi. Mimo że wciąż za nimi nie przepadam, potrafię wyjść i coś tam poopowiadać, nawet bez kartki. Kiedyś, gdy miałem zrobić prezentację oblewały mnie zimne poty, a głos łamał mi się jak suche gałązki pod butem. Stresowałem się jeszcze dzień przed, a w nocy śniło mi się, że będę prezentował. 

Gdy przełamujesz siebie i swoje ograniczenia pojawia się wielka satysfakcja. Ale lepiej żebyś sam kierował tym procesem, a nie był zmuszony działać na granicy swojej wytrzymałości przez lata i jeszcze był od tego uzależnionym finansowo. To dopiero tragedia. 

Twoja delikatność nie została Ci dana po to, żebyś z nią walczył i nie jest żadną wadą. Noktowizor jest po to, żeby widzieć w ciemności i dostrzegać to, czego nie można zobaczyć przez lornetkę, a nie po to, żeby ubolewać nad tym jakie to słabe urządzenie, bo przecież wystarczy wystawić je na działanie mocnego światła, żeby się zepsuło.

Ulepszając noktowizor możemy wzmocnić go na tyle, że większa ilość światła nie będzie mu straszna, jednak nie zmienimy w ten sposób jego przeznaczenia. Wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale uważam, że temperament to jest przeznaczenie. Jasne, nie musisz go słuchać, nie musisz działać zgodnie z tym, do czego Cię predysponuje, możesz się przeciwko niemu buntować, możesz non-stop chodzić przestymulowany, ale prędzej czy później zapłacisz za to własnym zdrowiem. Zarówno fizycznym, jak i mentalnym.

Naprawdę chcesz być cool, tylko dlatego, że społeczeństwo uważa, że bycie cool jest cool?

Bądź sobą. Nie walcz z własną naturą, jeśli w głębi siebie czujesz, że jest ona inna niż chcieliby tego ludzie, których zdanie i tak nie ma żadnego znaczenia. Twoje piękno i Twoja moc nie muszą być widoczne dla wszystkich. Ważne żebyś Ty sam je dostrzegał, doceniał i żył tak, by wykorzystywać w pełni swój unikalny potencjał, którym dysponujesz właśnie ze względu na to, że nie jesteś taki sam, jak reszta.

Na koniec wrzucam grafikę, na której zgromadziłem wszystko to, co według mnie można zaliczyć do silnych stron introwersji. Nie oznacza to oczywiście, że każdy introwetyk ma je w pełni rozwinięte, ani też, że ekstrawertyk nie może ich przejawiać. Absolutnie nie. Gdybym jednak miał obstawiać kto ma ich więcej i/lub kto ma lepsze predyspozycje do ich rozwoju – introwertyk czy ekstrawertyk, całą kasę postawiłbym na introwertyków. 

Lista mocnych stron i sił introwersji oraz osoby introwertycznej, czyli introwertyka.
I jak się czujesz po przeczytaniu tej listy, introwertyku?


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *