Seks jest takim obszarem życia człowieka, w którym poziom rozwoju duchowego manifestuje się z ogromną siłą. Wszystko, o czym pisałem dotychczas na tym blogu, jak i to, o czym dopiero będę pisał znajduje odzwierciedlenie w jakości Twojego seksu. Wszelkie skarby (i śmieci) jakie nosisz w sobie ujawnią się, gdy razem z drugą osobą postanowicie zrzucić ubranie na ziemię. W miarę jak Twoja świadomość rozkwita, obszar ten zmienia się nie do poznania. Ta zmiana następuje najpierw wewnątrz Ciebie, a potem objawia się w fizycznym wymiarze Twoich zachowań.

Seks jest na wskroś przesiąknięty duchowością, nawet jeśli Ty tego nie dostrzegasz, nie uznajesz, nie lubisz i myślisz, że jest inaczej. No cóż. Prawo grawitacji nie interesuje się Twoim brakiem uznania, po prostu ściągnie Cię w dół i rozgniecie o ulicę, gdy wyskoczysz z 20 piętra przekonany, że możesz latać, bo przecież jesteś panem swego losu dyktującym wszelkie zasady.

Nie możesz zanegować wpływu uwarunkowań własnej psychiki na Twoje życie seksualne. Nie możesz zaprzeczyć temu, że Twoje zasoby wewnętrzne, takie jak poczucie własnej wartości, inteligencja emocjonalna, uważność, samoświadomość czy najgłębsze przekonania mają wielki wpływ na to, jak doświadczasz bliskości drugiego człowieka. Być może mylisz duchowość z religijnością, albo z ezoteryką i stąd ta niechęć. Pomiń na razie takie rzeczy, jak otwieranie czakramów, zarządzanie energią kundalini i tym podobne sprawy. To wszystko jest fajne, ale nie stanowi sedna psychicznego dobrostanu w obszarze seksualności. Dla mnie duchowość to ściśle praktyczna, zupełnie świecka i nie wymagająca wiary w żadne energie droga do pomnażania swoich zasobów wewnętrznych – w taki sposób o niej mówię i tak przedstawią ją na tym blogu.

To, jak i czym zagospodarujesz swoją psychikę, decyduje o jakości Twoich relacji erotycznych. Jeżeli się do tego nie przyłożysz, jeśli pozostawisz zupełnemu przypadkowi wszystko, co dzieje się z Twoją duchowością, to ten obszar nie zniknie, lecz sam będzie się warunkował w sposób niekontrolowany. Będzie jak ogród, o który nikt nie dba. Co się w nim zasieje, to Ci wyrośnie. Potem ten zachwaszczony ogród zacznie kontrolować Twoje życie z poziomu nieświadomego, stosownie do tego, co w nim wyrosło. Jeśli rozpanoszyły się w nim gigantyczne rosiczki, muchołówki i inne drapieżne rośliny, sam będziesz sobie winien, gdy padniesz ich ofiarą. 

Ale zacznijmy od początku. 

Co to w ogóle jest seks?

Gdy zadasz to pytanie przeciętnemu człowiekowi, w jego głowie natychmiast zrodzi się scena tego typu:

Dziewczyny uprawiające seks

I najprawdopodobniej nic oprócz tego. „Oto seks w całej swej okazałości.” – pomyśli sobie typowy Janusz. Albo typowy Bob.  

Otóż nie.

To co widzisz na zdjęciu, to pewien aspekt seksu. To zaledwie kilka procent tego, czym naprawdę jest seks, albo może nawet mniej. Mówię oczywiście o Emilii. Bo dla Boba to jest 90%. Do setki brakuje mu tylko, żeby on sam znalazł się między tymi dziewczynami. Bob ma w głowie to, co forsuje tinderokultura. Że seks jest wyłącznie fizyczny, że zaczyna się w momencie, gdy dotyk sięga miejsc intymnych i kończy penetracją zwieńczoną orgazmem. W społeczeństwie utarło się myślenie o nim w ten sposób, zostaliśmy przyzwyczajeni do zamykania go w tej ciasnej definicji, nie mając nawet świadomości, jaką szkodę nam tym wyrządzono. 

 Człowiek, który myśli w tak zawężony sposób, który koncentruje się tylko na tych kilku procentach rozległego spektrum zachowań seksualnych, staje się ślepy na wszystko pozostałe. Sam pozbawia się dostępu do pozostałej części erotycznego bogactwa, czyli umyka mu niemal cały jego niewidzialny wymiar. Jego życie seksualne jest płytkie, mechaniczne, ma ściśle określony przedział czasowy, jest przewidywalne, zależne od libido, zamknięte w wyuczonych zachowaniach i ograniczone do stymulacji głównie miejsc intymnych, czyli w skrócie, jest dokładnie takie, jakiego większość kobiet nie lubi.

Niestety, na tym nie koniec problemów. To dopiero początek.

Gdy zejdziemy wgłąb psychiki osoby z poziomu Boba, naszym oczom ukaże się straszny widok.

Zobaczymy wychudzone, przykute łańcuchami do ściany dziecko, które ledwie trzymając się na nogach uderza ciężkim kilofem w ścianę usiłując zapracować sobie na łyk wody od stojącego nad nim z batem strażnika. Dziecko jest nieśmiertelne i nie może umrzeć, choć bardzo by tego chciało. 

Pozwolisz, że nie będę bardziej uszczegóławiał tego opisu.

Jeśli pamiętasz mój wpis o poczuciu własnej wartości (w skrócie PWW), to wiesz, że nieśmiertelne dziecko, to rdzenne ja każdego człowieka. Coś, co powinno być otoczone bezwarunkową miłością zawsze, niezależnie od zachowań czy sytuacji zewnętrznych. 

Znakomita większość ludzi przechodzi w życiu okres całkowitego utożsamienia rdzenia z otaczającymi go wartościami zewnętrznymi. Dochodzi wtedy do absolutnej identyfikacji z formą, z tym co stworzone, zmienne, przemijające i podlegające nieustannej ocenie. Tą formą jest nasza widoczna dla innych powłoka, nie tylko ta cielesna, ale także nasze mentalne cechy, które ujawniają się, gdy wchodzimy w interakcję z innymi. Rozwój duchowy polega między innymi na oddzielaniu rdzenia od wartości zewnętrznych. Im człowiek jest mniej dojrzały duchowo, tym bardziej JEST swoimi wartościami zewnętrznymi (zamiast je mieć) i tym bardziej jego samoakceptacja jest zależna od czyjejś akceptacji. 

Lista wartości zewnętrznych, od których twój duchowy rdzeń jest całkowicie niezależny
Powyższa lista pochodzi z podręcznika dr. Glenna Schiraldiego pt. “Poczucie własnej wartości. Trening.”

Dojrzałość duchowa wiąże się z odpornością na społeczne kary i nagrody, przejawia się w zrozumieniu oraz szacunku do własnej, wyjątkowej natury jako jednostki oraz w postawie nonkonformistycznej, wynikającej z chęci postępowania zgodnie z tym, jakim się rzeczywiście jest, a nie z tym, co dyktuje modna, co jest dochodowe, powszechnie aprobowane itd. 

Mainstream jest dla ludzi, którzy nie wiedzą jeszcze, kim są. Działanie przeciwnie do mainstreamu jest charakterystyczne dla tych, którzy poszukują samych siebie. Zaś osoby totalnie olewające mainstream to ci nieliczni, którzy już siebie znaleźli. 

Człowiek uduchowiony doskonale zna samego siebie, zna swoje słabe i mocne strony, a także to wszystko, co odróżnia go od innych. Ma wyobrażenie o sobie składające się na jego ego i ma świadomość, że to jest jego ego, a nie rdzeń jego istoty jako człowieka. Zna też swoje ciało i kocha je, niezależnie od tego, czy jakaś większa grupa ludzi uważa je za atrakcyjne czy nie. 

Tego rodzaju niezależność w samoocenie i samoakceptacji prowadzi naczęściej do odkrycia, że nasza seksualność jest obszarem równie indywidualnym i wyjątkowym, jak cała nasza osoba. Ma swoje cienie i jasne strony, może wyrażać się na przeróżne sposoby, może wymagać specyficznej troski, czy warunków do rozwoju i osiągnięcia satysfakcji, może się zmieniać, ewoluować, rozkwitać wraz z naszą świadomością, albo gnić pod płachą etykietek, ram definicyjnych, schematów, stereotypów i tak dalej.

 Proszę w tym momencie nie stawiać mnie po lewej stronie sceny politycznej, bo to, o czym piszę nie ma żadnego związku z polityką. 

Jeśli nie dysponujemy niezależnością w samoocenie i samoakceptacji, a więc zdrowym PWW, zaspokajanie norm społecznych staje się naszym priorytetem ważniejszym niż my sami. Przypomina to sytuację małego dziecka, które nie potrafi samo siebie otoczyć miłością i robi wszystko, żeby otrzymać ją od rodzica. Społeczeństwo to bardzo surowy i bardzo wymagający rodzic. Patrząc na siebie jego oczami, sami stajemy się strażnikiem, który stoi z batem nad swoim rdzennym ja. Nasza indywidualność zostaje stłamszona i wciśnięta w kierat zabiegania o czyjeś uznanie, także na polu seksualnym. Jeśli kryteria tego uznania są mniej więcej zgodne z naszą indywidualnością (czyli np. naprawdę jesteśmy niskowrażliwymi ekstrawertykami) to jeszcze pół biedy, sytuacja robi się jednak tragiczna, gdy te kryteria kłócą się z tym, co dla nas upragnione i naturalne. 

Gdy powodowani gorącym pragnieniem uzyskania aprobaty zachowujemy się zgodnie z powszechnie promowanymi normami i stereotypami, to przyciągamy do siebie osoby, które po prostu lecą na nasz image, jaki w ten sposób kreujemy, co jeszcze 1000 – krotnie pogarsza nasze położenie. W rezultacie nasz potencjalny partner, czy partnerka zaczyna oczekiwać od nas więcej takich zachowań, które są niezgodne z nami, które odgrywamy „bo tak się robi”, czyli ze strachu przed odrzuceniem mogącym dotknąć nasze rdzenne ja. Robimy więc dalej to, czego nie chcemy i nie tak, jak chcemy, znajdując marne (dla niektórych gigantyczne) pocieszenie w tym, że udaje nam się spełnić społeczne standardy i ktoś może powiedzieć o nas, że jesteśmy cool.

Jeśli nastolatka zaspokaja oralnie chłopaka na pierwszej randce, bo jej koleżanki powiedziały, że to jest cool, to naturalne skłonności dziewczyny zostają wyparte, zagłuszone, zastąpione czyimś schematem zachowań, który z kolei zostaje przyjęty jako własny i będzie chroniony jako własny. Nawet jeśli ta młoda kobieta nie znajduje przyjemności w takich zachowaniach, to wmówi sobie, że znajduje. Przecież wszyscy znajdują, więc ja też powinnam. A skoro powinnam to znajdę.

 I już. Kolejna osoba w szeregu, żyjąca nie swoim życiem. 

Mężczyźni podlegają takiemu samemu praniu mózgu jak kobiety. Jeśli nie mają siły mu się przeciwstawić, to również wypierają prawdziwych siebie, wypierają własną wrażliwość na rzecz określonego image’u – zazwyczaj jest to ekstrawertyczny macho. Przyjmując nie swój image, przyciągają partnerki lecące na ten image, a nie na to, jacy oni są naprawdę. A potem wszyscy udają przed sobą i przed innymi, że są usatysfakcjonowani ze współżycia. Kiedy bowiem stajesz przed kimś nago, nie możesz mieć nadal na sobie maski. Nie jesteś w stanie jej utrzymać, a jeśli Ci się udaje, to najczęściej kosztem prawdziwej satysfakcji z seksu. Ale co tam. Ważne żeby kumple powiedzieli, że jesteś ogier. To najwyższa z nagród. 

Dla Boba seks to performance. To pokazanie siebie w określonym świetle, pokazanie całemu światu, że jest „jakiś”. To spełnienie określonych wymagań i uzyskanie możliwie najwyższej oceny u bardzo surowego sędziego, jakim jest obca kobieta oczekująca, że w tę noc będziesz lepszy niż 179 jej byłych kochanków. Gości z najwyższej półki, bo z innymi taka laska, jak ona się nie umawia. Ty dostałeś szansę. Tylko jedną. Jeśli zawiedziesz, jeśli nie dasz jej orgazmu o jakim nawet jej się nie śniło, zostaniesz strącony w najczarniejszą przepaść, na dnie której znajdują się wszyscy beznadziejni, nudni, niekompetentni, niemęscy prawiczkowie, onaniści i Psycholman. A do tego, jeśli Twój penis nie przebije spodni na widok połowy jej cycka, to oczywisty znak, że jesteś… IMPOTENTEM!!! 

Obiecuję, że będę Cię łapał, gdy będziesz leciał w dół.

Kobiety wcale nie mają lepiej. Jeśli nie są pięknymi, 20 – letnimi modelkami, to ich strach przed oceną jest równie wielki, jak u mężczyzn, a nawet większy. Zresztą, nawet jeśli są obiektywnie młode i piękne, ale nie otrzymują regularnie wystarczającej ilości potwierdzeń tego faktu od innych, to na jedno wychodzi. Kobieta, która potrafi ukochać samą siebie niezależnie od oceny środowiska jest bowiem rzadkością. Zazwyczaj jej pewność siebie jest oparta głównie na zapewnieniach ze strony otoczenia co do jej piękna i ogólnej wspaniałości. Ilość followersów na Instagramie, czy superlajków na Tinderze ma ogromne znaczenie. Jest to tym bardziej prawdziwe, im kobieta jest młodsza. A jako że społeczeństwo ma w zwyczaju przesadzać z ilością aprobaty dla kobiet urodziwych, a nie doceniać dziewczyn mniej pięknych, te pierwsze często zamieniają się w rozpieszczone księżniczki, które myślą, że wszystko im się należy, bo są piękne, zaś te drugie grzęzną w poczuciu bezwartościowości. Obydwie te skrajności są patologią, choć oczywiście lepiej czuć się jak księżniczka, niż jak śmieć. 

Ze świecą szukać osoby, która w całym tym chorym wyścigu o miłość jest w stanie zachować pełen spokój i zdrowie psychiczne. Najczęściej taka osoba już dawno przestała się ścigać. 

 Wracając do seksu, traktowanie siebie nawzajem jak mięso i żywe lalki masturbacyjne to przyczyna ukrytego cierpienia pod modnym obecnie płaszczykiem swobody seksualnej. Dotyczy to obojga płci, a szczególnie osób wrażliwych. Negatywna ocena drugiego człowieka boli do żywego, nawet jeśli próbujemy to w sobie wyprzeć. Zwłaszcza, jeśli dotyczy sfery tak intymnej, jak nasza seksualność. 

Oczywiście tinderokultura powie Ci, że lekarstwem na cierpienie jest wyzbycie się wrażliwości. Pozbądź się wstydu, porzuć intymność, prywatność i inne staromodne pierdoły krępujące Twoją wolność, idź się pieprzyć na ulicy jak zwierzę, wtedy cały ból zniknie, bo zabijesz w sobie wszystko, co jeszcze mogłoby cierpieć. Zabijesz to, co w Tobie delikatne, zabijesz to, co czuje, poderżniesz gardło niewinnemu dziecku, którym sam jesteś, które konając będzie błagało Cię, żebyś je przytulił. A gdy ono się wykrwawi pójdziesz się dalej pieprzyć. I będziesz się pieprzył wypełniony wewnątrz pustką śmierci, obojętny na wszystko, nieskrępowany niczym, wolny jak popiół na wietrze, spokojny jak trup. Dojdziesz powoli w objęciach innego trupa, a potem zgnijecie razem na obsranym chodniku pośród setek innych samobójców, którzy wybrali wolność zamiast miłości. 

Chcesz tego?

Ciąg dalszy tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *