Jednym z największych skarbów jakie czekają na Ciebie na ścieżce rozwoju duchowego jest zdrowe i trwałe poczucie własnej wartości (PWW). Moja osobista droga rozwoju zaczęła się właśnie od położenia solidnych podstaw pod PWW. Zanim jednak zobaczymy, jak wygląda ono u Boba, a jak u Emilii zdefiniujmy sobie dokładniej pojęcie PWW.

To co powszechnie wrzuca się do worka z napisem „poczucie własnej wartości” składa się z czegoś więcej niż tylko samego „poczucia”. Poczucie jest czymś chwiejnym i zmiennym, samo w sobie nigdy nie będzie szczególnie stabilne. Za to element, który już tak łatwo się nie zmienia, to nasze PRZEKONANIE o własnej wartości. To ono jest tak naprawdę najważniejsze. U podstaw poczucia, leżą określone przekonania, najczęściej poparte i zbudowane na tym, czego doświadczyliśmy jako dzieci i nastolatkowie w naszym domu rodzinnym, w szkole, w gronie rówieśników. Oznacza to, że w początkowej fazie rozwoju naszego PWW najwięcej do powiedzenia ma nasze otoczenie i ma tym więcej, im jesteśmy młodsi. A to bardzo niedobrze.

Na pewno domyślasz się dlaczego. Większość z nas nie posiada rodziców, którzy są aniołami. Większość z nas nie wychowała się w rajskim, wspierającym, pełnym miłości środowisku, które kroku zapewniało nas o naszej niepodlegającej negocjacjom wartości. Zazwyczaj nie jesteśmy synami lub córkami mądrych psycholmanów, którzy stosują (stosowaliby, gdyby się rozmnażali) inne metody wychowawcze niż wbijanie dzieciom przez pupę do głowy, że zawsze mogą liczyć na naszą pełną skupienia uwagę, byle by tylko najpierw dostatecznie nabroiły. 

Z tego powodu, gdy stajemy się dorośli, najczęściej musimy samodzielnie naprawić i odbudować tę ruinę mentalną, ruinę najważniejszego oprócz Świątyni (Sacrum) budynku w naszej psychice. Chodzi właśnie o PWW.

PWW jest jak ratusz, w którym zapadają najistotniejsze decyzje odnośnie tego, co stanie się z miastem. Czy będzie się rozwijać, czy może popadnie w marazm i zmieni się w zatęchłą dziurę, w której nawet szczury nie będą chciały mieszkać. PWW jest podstawą, a nie jak niektórzy myślą, skutkiem tego, jak żyjemy, i co osiągamy. Dlatego to od niego należy zacząć duchową podróż.

Wielu z nas zaczyna ją mniej więcej w położeniu, w którym znajduje się Bob.

Bob nie wychował się w kochającej rodzinie. Środowisko, w którym dorastał również dalekie było od zapewnienia mu bodźców sprzyjających prawidłowemu rozwojowi PWW. Ojciec Boba był wymagającym, nieznoszącym sprzeciwu perfekcjonistą o bogatej historii imponujących osiągnięć w świecie seksu i biznesu. Matka z kolei była mu całkowicie podległa, była służką, której ojciec w ogóle nie szanował. 

Wymagania jakie ojciec stawiał przed Bobem bardzo szybko doprowadziły do sytuacji, w której PWW młodego chłopaka zostało uzależnione całkowicie od jego działań w świecie zewnętrznym. Bob nie odnosił sukcesów. Bob BYŁ sukcesem, albo wcale go nie było. Bob nie miał dobrych stopni w szkole i nie założył (bo ojciec kazał) małej firmy sprzedającej używane komputery. Bob BYŁ dobrymi stopniami w szkole i BYŁ rosnącymi dochodami firmy, albo wcale go nie było. 

Obserwując jak ojciec traktuje matkę, szybko zaczął traktować dziewczyny w podobny sposób. Zauważył, że nawet zmyślone doniesienia o podbojach seksualnych zwracają uwagę ojca i wzbudzają jego zadowolenie, zaś w gronie kolegów nawet podziw i szacunek. 

„A zatem” – myślał Bob, choć wcale nie wiedział, że myśli w ten sposób – „Sukces, władza i pieniądze albo nigdy dla nikogo nie będę nic znaczyć”. 

To smutna historia i Twoja wcale nie musi być aż tak dramatyczna. To co przydarzyło się Bobowi w trakcie dorastania jest powszechnie występującą patologią o różnorakim poziomie nasilenia. Przyjrzyjmy się teraz mechanizmowi tej patologii.

Zdrowe PWW jest oparte na dwóch kluczowych fundamentach. Trzeci z nich jest fakultatywny i wiąże się z przyjemnym budowaniem na dwóch pierwszych. Jego fakultatywność jest niezwykle istotna. 

Pierwszym jest bezwarunkowa wartość, a drugim bezwarunkowa miłość. Trzeci zaś to tzw. wzrastanie, czyli wszystko to, co możemy podpiąć pod rozwój osobisty, osiąganie sukcesów wewnętrznych i zewnętrznych itd. 

Bezwarunkowa wartość dotyczy tego, co wiemy na swój temat. Tego co myślimy o sobie i naszym życiu. Z kolei bezwarunkowa miłość obejmuje wszystko to, czego doświadczamy, i co przeżywamy. 

Im jesteśmy młodsi, tym bardziej ten drugi fundament ma na nas większy wpływ i kształtuje ten pierwszy. Jeśli więc miłość, której doświadczaliśmy na wczesnym etapie naszego rozwoju była mocno uwarunkowana, nasze przekonania, które wynieśliśmy z okresu dorastania będą odzwierciedlać to uwarunkowanie. Bajzel w naszej psychice w dorosłym życiu będzie tym większy, im trudniej nam było pozyskać miłość jako dzieciom i nastolatkom.

Gdy jesteś mały, uwaga i zainteresowanie ze strony innych = miłość, której potrzebujesz jak powietrza. To nie musi być nawet przyjazne zainteresowanie. Gdy potrzebujesz powietrza będziesz wydychał nawet smród kupy, albo wręcz truciznę, byle tylko przeżyć jeszcze trochę. I choć może tego nie widać na pierwszy rzut oka, gdy spojrzymy na bawiące się dzieci, jeśli jesteś rodzicem to wiedz, że dla Twojego dziecka, uwaga, którą je obdarzasz jest dla jego psychiki jak pokarm dla żołądka. Jeśli nie dajesz mu jej tyle, ile jej potrzebuje, zrobi każdą rzecz, byle by ją od Ciebie pozyskać. Będzie wyłazić przez okno, rzucać talerzami, wrzeszczeć, biegać, demolować otoczenie wszystko po to, żebyś chociaż mu łaskawie przylał, bo to wymaga, abyś przez moment się na nim skupił. Ty je lejesz, a ono dostaje smród kupy. I zaraz znów musisz je lać, bo w swojej głupocie utrwalasz w dziecku tendencję do takich właśnie zachowań. Im bardziej ją utrwalisz, tym trudniej to później zmienić. 

Ale zostawmy Twoje biedne dziecko i wróćmy do PWW. Przekonanie, że miłość jest na zewnątrz nas, że pochodzi od innych i że musimy na nią zasłużyć oddaje innym możliwość sterowania nami. To tak, jakby zarząd obcego państwa zasiadł w naszym ratuszu i decydował o losie naszego miasta. To bardzo niebezpieczne, bo nigdy nie wiesz, czy ktoś obcy przekształci je w wielką metropolię, czy może wyburzy, bo chce tu postawić swoje kopalnie, kamieniołomy i zamtuzy.

 Pokierujmy się teraz we właściwym kierunku i zobaczmy, jak wygląda zdrowy proces wznoszenia naszego ratusza i obsadzania go ludźmi oddanymi naszej sprawie.

Nie będę jednak umieszczał Emilii w doskonałej rodzinie. Byłoby to zbyt nieprzystające do sytuacji, która jest bliska większości z nas. Idealna rodzina nie jest warunkiem koniecznym do posiadania zdrowego PWW, choć niewątpliwe jest warunkiem bardzo sprzyjającym.

Ojciec Emilii był zapracowanym doradcą podatkowym, którego często nie było w domu, i który nie poświęcał jej tyle uwagi, ile potrzebowała jako dziecko. Miał poważny problem z alkoholizmem, nie wszczynał jednak nigdy awantur i szkodził najbardziej sam sobie. Wychowaniem Emilii zajmowała się głównie jej matka, osoba, którą bardzo ją kochała, lecz często bywała apodyktyczna i zdarzało jej się wymierzać Emilii solidne klapsy za niesubordynację. Mimo to więź miedzy nimi była bardzo silna, matka wspierała ją we wszystkich jej dążeniach i nie wymagała, żeby szła określoną drogą i osiągała na niej spektakularne sukcesy. Emilia czuła na sobie kochające spojrzenie matki nie tylko wtedy, gdy przyniosła do domu piątkę z matmy, ale też wtedy gdy się bawiła, grała na konsoli (byle nie za długo!), czy rysowała i pokazywała mamie swoje rysunki. 

Mimo że rodzice Emilii rozwiedli się, gdy miała 16 lat, dziewczyna była w stanie poradzić sobie z tym doświadczeniem. Brak ojca spowodował, że miała pewne trudności w nawiązywaniu normalnych relacji z chłopakami, postanowiła jednak usprawnić swoje funkcjonowanie w tym obszarze poprzez samoedukację i odważne doświadczanie sukcesów oraz porażek, z których wyciągała wnioski.  

Jej zainteresowanie ludzką psychiką wynikłe z chęci poprawienia jakości własnego życia doprowadziło ją do odkrycia duchowości i ostatecznie do wypracowania dobrobytu zarówno w obszarze duszy, jak i funkcjonowania w świecie materialnym.

Tak, dobrze się domyślasz. To moja własna historia.

Osoba, która ma zdrowe PWW potrafi oddzielić swoją rdzenną wartość jako istoty ludzkiej od otaczających ją wartości zewnętrznych, czyli rzeczy takich jak sukcesy, umiejętności, wygląd, zachowanie, ciało, narodowość, orientacja seksualna i inne.  Osoba taka wie (bezwarunkowa wartość), że jej duchowy rdzeń jest nienaruszalny, nie można na niego zapracować, nie da się go zniszczyć, pozyskać, zwiększyć ani zmniejszyć, że warunki zewnętrzne mogą co najwyżej go zamaskować lub rozświetlić, nie mogą jednak w żaden sposób zmodyfikować jego istoty. To po prostu niemożliwe, a wszelkie próby (manipulacje naszym rdzeniem ze strony otoczenia) wydają się wręcz śmieszne. Wartość rdzenna jest wrodzona i nie da się jej nikomu odebrać, nawet człowiek sam nie może jej siebie pozbawić, nieważne jak bardzo się stara i jak bardzo jest przekonany, że mu się udało. 

To było odnośnie bezwarunkowej wartości. Z kolei kwestia bezwarunkowej miłości dotyczy już nie tego, co dana osoba myśli, na swój temat, lecz co czuje. Człowiek przekonany, że jego rdzeń to kał czuje się tragicznie, ale to że się tak czuje nie ma żadnego wpływu na to, jaki naprawdę jest jego rdzeń. Rdzeń ten, to zawsze jeden i ten sam Święty Diament, identyczny dla każdego człowieka i nawet jeśli wrzucisz go do szamba to nic mu się nie stanie. Problem polega na tym że osoba, która cierpi z powodu poczucia bezwartościowości o tym po prostu nie wie. Nie wierzy w to. A nie wierzy najczęściej dlatego, że jej doświadczenie życiowe mówi co innego. Że inni ludzie potraktowali ją inaczej, powiedzieli jej coś innego, a ona sama nie ma w sobie tyle siły, by odpowiedzieć im wszystkim, że są zwykłymi debilami i gówno wiedzą na jej temat. 

Bo niestety znaczna część ludzi to są po prostu debile, chamy i prostackie gbury, i jeśli nie nauczysz się pewnej dozy uwaga: BRAKU SZACUNKU DO INNYCH, to wlezą Ci na głowę, będą Tobą manipulować, będą dla Ciebie zdecydowanie ZBYT ważni i będziesz się liczył z ich zdaniem ZBYT mocno.

Przestań liczyć się z ludźmi.

Chociaż odrobinę.

Przestań liczyć się z nimi tak zawzięcie i tak zajadle. To wystarczy. Wiem że nie brzmi to poprawnie politycznie, ale z dwojga złego lepiej, żeby inni uważali Cię za egoistę, niż za nierozgarnięte popychadło, z którym każdy może robić co chce.

Obszar bezwarunkowej miłości również możesz mieć pod swoją kontrolą, tak samo, jak możesz mieć pod kontrolą obszar bezwarunkowej wartości, który dotyczy Twoich myśli i przekonań. Jako człowiek dorosły sam zarządzasz tym, w co wierzysz. Wytrwała praca nad zmianą tego, jak o sobie myślimy, wzięcie sobie do serca (jaki trafny związek frazeologiczny!) zdrowych przekonań o swojej osobistej wartości, kultywowanie ich i wcielanie w życie prędzej czy późnej skutkują tym, że zaczynamy czuć się inaczej. Lepiej. Zaczynamy czuć się ważni. Atrakcyjni. Zaczynamy się uśmiechać. Wymagać od innych szacunku względem siebie. Stajemy się asertywni. Rozkwitamy. Przejmujemy ster naszego życia. Działamy z odwagą. A wszystko dlatego, że głęboko w sobie zaczęliśmy wierzyć, że jesteśmy godni miłości i nauczyliśmy się czuć ją, gdy myślimy o sobie. Nauczyliśmy się patrzeć na samych siebie tak, jak mądry rodzic patrzy na własne, ukochane dziecko. Każdy z nas ma w sobie taką małą Agnieszkę, albo małego Tomka, który musi zostać ukochany, i któremu trzeba zapewnić absolutne bezpieczeństwo i bezwarunkową miłość. To dziecko to Twój rdzeń. Nie możesz go zniszczyć, ale możesz cisnąć go w błoto i sprawić by cierpiał. Nie rób mu tego. To jesteś Ty sam.

Nie twierdzę że przebudowanie swoich nawyków myślowych jest łatwe i przychodzi od tak. Absolutnie nie.

Ale najczęściej to, co nie jest łatwe, jest właśnie tym, co musisz zrobić, żeby Twoje życie zaczęło przynosić Ci satysfakcję.

Poczcie własnej wartości jest niezależnie od czynników zewnętrznych
Lista wartości zewnętrznych, od których Twój duchowy rdzeń jest całkowicie niezależny. Lista pochodzi z książki autorstwa dr Glenna Schiraldiego, z której sam korzystałem podczas budowania swojego poczucia własnej wartości. To na niej właśnie oparłem się tworząc ten wpis. Recenzję napiszę niebawem. Link będzie tutaj.

Emila ma więc zdrowe PWW będące jednocześnie silnym przekonaniem i poczuciem. Zgodnie z zasadą efektywnej negatywnej emocjonalności jej PWW może podlegać wahaniom sytuacyjnym, lecz przekonanie jest nienaruszalne. Emilia może poczuć się gorsza np. gdy dokonuje porównania z kimś bardziej kompetentnym w istotnej dla niej dziedzinie, ale nie wpłynie to w żaden sposób na jej przekonania o własnej wartości. Co więcej, naruszone poczucie własnej wartości oparte na solidnych, pozytywnych przekonaniach stosunkowo szybko się zregeneruje i wróci do normy. 

Zdrowe PWW cechuje więc z jednej strony pewna elastyczność, a z drugiej stabilność. Stabilność dotyczy przekonań, zaś elastyczność wyraża się w otwartości i gotowości na przeżywanie sytuacji, w których obiektywnie wypadamy gorzej niż inni, ale też takich, w których wypadamy lepiej. Znika więc paraliżujący lęk przed oceną, który wynika z podświadomej obawy o bycie niegodnym miłości. 

Zdrowe przekonania, na których oparte jest nasze PWW sprawiają, że gdy wypadamy lepiej niż inni, to nie czujemy się boskimi nadludźmi, a gdy gorzej, to jakąś cuchnącą kloaką. W ten sposób jesteśmy chronieni zarówno przed narcyzmem, jak i jego przeciwieństwem. 

A to właśnie narcyzm i jego przeciwieństwo są dwiema skrajnościami, między którymi miota się nasz biedny Bob. A właściwie mówiąc jest miotany, bo nie ma nad tym żadnej kontroli. Inni ludzie kontrolują jego PWW. Obracając się wśród ludzi podobnie niezdrowych, jak on sam, Bob jest nieustannie manipulowany, czy to przez kobiety z którymi się spotyka, czy też swoich współpracowników, szefów, albo społeczne trendy. Najbardziej boi się bogatszych od siebie, a najbardziej gardzi tymi, którzy nie odnieśli sukcesu. 

Nie bądź jak Bob. Bądź jak Emilia.

Do przeczytania! 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *