Jednym z kluczy do dobrych i satysfakcjonujących relacji międzyludzkich jest zdrowa relacja z samotnością. Ale nie tylko z nią. Trzeba również zaprzyjaźnić się z byciem samemu. Choć obydwa terminy zdają się wskazywać na to samo, jest między nimi zasadnicza różnica. 

Samotność to stan, w którym jesteś sam i jesteś z tego powodu nieszczęśliwy. Samotność to cierpienie. Z kolei bycie samemu to … to po prostu bycie samemu. Nie czujesz się w związku z tym źle, możesz nawet czuć się dobrze albo bardzo dobrze. Osamotnienie to coś na wskroś negatywnego. Bycie samemu zaś jest doświadczeniem przynajmniej neutralnym, a najczęściej pozytywnym. Jest przebywaniem jedynie we własnym towarzystwie bez mimowolnego oceniania i tworzenia wokół tej sytuacji lepkiego kokonu ponurych myśli.

Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie dotyczącym emocji, zarówno Bob symbolizujący osobę na niskim poziomie rozwoju duchowego, jak i Emilia – rozwinięta róża świadomości – przeżywają emocje negatywne. Samotność zdecydowanie się do takich zalicza. Wielu ludzi powie Ci, że to najgorsze ze wszystkich uczuć jakich można doświadczać. Że nie ma większej tortury dla człowieka niż odcięcie go od interakcji społecznych. Że ból fizyczny w zderzeniu z bólem emocjonalnym wynikającym z braku bliskości drugiej osoby jest wręcz ukojeniem.

Jako wrażliwy romantyk, któremu nigdy nie wyrywano genitaliów obcęgami, ani którego nie połamano kołem dla łatwiejszego rozrywania końmi, w pełni się z tym zgadzam. 

W odniesieniu do Emilii ma zastosowanie dokładnie ta sama zasada, o której już wspominałem – efektywna negatywna emocjonalność. Jeśli nasza rudowłosa poczuje się samotna, zmotywuje ją to do poszukiwania kontaktu z ludźmi. Jeżeli jednak kontakt taki będzie utrudniony, albo niemożliwy – nic złego się nie stanie. Wtedy dziewczyna skupi się na innych aktywnościach, które poprawią jej nastój, lub będzie świadomie trwać z poczuciem samotności, otulać je uwagą dopóki jego energia się nie wyczerpie. Może również udać się do Sacrum, które zawsze stoi przed nią otworem. To ostatnie rozwiązanie nazywam … modlitwą. 

Szeroki temat na inny wpis. 

Samotność siedzi w naszych głowach. Można być samotnym będąc w grupie ludzi, a nawet w związku intymnym. Jej największym źródłem jest myślenie o tym, jak bardzo brakuje nam bratnich dusz, nasza interpretacja własnego położenia w świecie relacji z innymi, a nie to położenie samo w sobie. To bardzo ważna konstatacja, ponieważ gdyby było inaczej, to nie mógłbyś doświadczyć zaniku samotności w wyniku czegoś innego niż kontakty społeczne. A możesz.

Niezwykle pouczającym w tej kwestii doświadczeniem jest sport. Oddaj mu się w pełni choćby na godzinę, zapomnij o sobie i o całym świecie. Zobaczysz wtedy, co to znaczy powracać do swojej głowy i zawartych w niej problemów. Zobaczysz, jak bardzo inne się one wydają z pewnego dystansu i po przerwie od ciągłego ich przetwarzania. Uświadomisz sobie, że samotność i wszelkie nasze udręki to po prostu zlepki myśli, z których można wyjść i żyć tak, jakby wcale ich nie było.

Przynajmniej przez pewien czas. 

Już słyszę głosy, że sugeruję uciekanie od problemów. Nie, nie sugeruję. Chodzi o to, żeby Twoje mentalne mięśnie odpoczęły od ich dźwigania, zregenerowały się i powróciły do ich rozwiązywania z nową siłą i zapałem. Nie da się pracować 24h/7 i czuć się świetnie. Nieustanna harówka to najlepsza droga do samozniszczenia. 

 Osobiście byłem zszokowany tym, jak emocje potrafią się uspokoić, gdy jesteśmy w pełni oddani jakieś aktywności. Gdy jednoczymy się z nią tak, że nie da się już oddzielić jej od nas samych. Gdy tancerz i taniec stapiają się w tańczenie, gdy boxer wchodzi na ring i staje się serią ciosów, gdy jogin przeistacza się w Hanumanasanę, a kierowca rajdowy w bolid, który prowadzi, cała ludzka energia zostaje zmobilizowana do obsługi wykonywanego właśnie zadania. Wszystkie miejsca w człowieku, z których została ona zabrana wypełnia teraz nieprzenikniona cisza. Samotność znika. Błądzenie myślami ustaje zupełnie, a sportowiec doświadcza tak oszałamiającego wyzwolenia z samego siebie, że przez resztę swojego życia będzie pragnął do niego powracać. Dodaj do tego eksplozję endorfin, które sprawiają, że życie staje się po prostu piękniejsze, a zrozumiesz dlaczego tyle osób kocha sport. Ja również. 

Inni ludzie są jak narkotyk. Kontakt z drugim człowiekiem uzależnia, i gdy nagle ten stymulant zostaje nam odebrany czujemy trudny do zniesienia głód. Im większe dawki narkotyku przyjmowaliśmy, tym gorzej się czujemy. Jeśli do tego nie znamy żadnych innych form poprawy nastoju niż używki, czyli alkohol, papierosy, białe proszki oraz inni ludzie, to stajemy się ich niewolnikami. Nasze życie nie jest wtedy nasze, należy do czegoś, albo do kogoś. To zatrważające jak wiele osób prowadzi taką egzystencję i nie widzi w tym nic złego.

Ludzi trzeba sobie mądrze dawkować, żeby nie zostać ludzioholikiem. 90% społeczeństwa to nieustannie nagrzmoceni ludzioholicy. Dla innych zrobią wszystko. Oddadzą czas, pieniądze, wolność i własną duszę byle tylko móc jeszcze raz rozgrzać swoje puste wnętrze czyjąś uwagą, bez troski o długoterminowe konsekwencje takiego postępowania.

W ten sposób rodzą się niesamodzielne emocjonalnie kaleki, ludzie bez kondycji mentalnej, ludzie, którzy całe życie jeździli 200m do najbliższego sklepu samochodem i gdy auto się zepsuje to podcierają się gazetą, bo nie są w stanie nawet iść piechotą po papier toaletowy.

Gdy robimy przerwę od interakcji społecznych nasz rozbudzony i przestymulowany układ nagrody w mózgu zaczyna powoli wracać do stanu równowagi. Jeśli nie damy mu narkotyku, o który woła, to po okresie bolesnej rozpaczy, gdy miną już objawy odstawiennicze, przychodzi zdrowy spokój. Po pewnym czasie ten spokój okazuje się tak przyjemny, że nasza motywacja do zażywania ludzioholu spada do zrównoważonego poziomu. Już nie ma wewnętrznego przymusu, by się nim upijać. Już nie jest jedynym źródłem pozytywnych doznań, nawet jeśli wciąż jest tym najsilniejszym. A gdy nasza duchowa wędrówka zaprowadzi nas do miejsca, w którym znajdujemy największe szczęście wewnątrz siebie, stajemy się całkowicie wolni od nałogu.

Osoba uduchowiona potrafi więc być samemu i nie odbija się to negatywnie na jej szczęściu, a wręcz – jak to jest w przypadku introwertyków – może działać bardzo pozytywnie. Człowiek o bogatym wnętrzu zawsze potrzebuje pobyć samemu, żeby poukładać nowe przemyślenia, wnioski i informacje w swoim osobistym świecie, do którego tylko on ma wstęp. Im ten świat jest bogatszy tym większa potrzeba prywatności oraz samowystarczalność emocjonalna, a w konsekwencji również pragnienie świadomej kontroli ilości i jakości interakcji społecznych. 

Wymagania jakie Emilia stawia potencjalnym kolegom, koleżankom czy partnerom (albo partnerkom ) związkowym są wysokie, ponieważ jej zależność od obecności innych ludzi w jej życiu jest niska. W rezultacie tych relacji jest mniej, ale są one starannie wyselekcjonowane, dużo trwalsze, głębsze oraz o niebo bardziej satysfakcjonujące, niż gdyby były tworzone z byle kim. Inni ludzie mogą uczynić Emilię co najwyżej szczęśliwszą, ale nie uczynią jej szczęśliwą. Na tym polega jej sekret.

Ktoś mógłby powiedzieć: “Aha, czyli Emilia ma lepiej, bo jest introwertykiem, a ja jestem ekstrawertykiem. Czyli w takim razie jestem na straconej pozycji?”

W pewnych aspektach masz gorzej, a w innych masz lepiej. Ale znów, to jest temat na inny wpis. Obiecuję go omówić, ale nie w tym momencie. Jak już powstanie tekst, który wszystko dokładnie tłumaczy, umieszczę do niego link o tutaj. 

Tyle w kwestii bycia samemu. A co z samym doświadczaniem uczucia samotności? Jak wygląda zdrowa relacja z tym przerażającym monstrum?

Większość ludzi ucieka od niego w panice i przerażeniu. Większość nie chce nawet słyszeć o jego istnieniu i robi wszystko, żeby tylko ten potwór nie pojawił się w zasięgu ich wzroku. Angażują się w byle jakie relacje, uzależniają od nich i nie potrafią funkcjonować, gdy zostaną odrzuceni. Nie mają własnego świata. Ich jedynym światem jest świat społeczny, czyjaś rzeczywistość i nieustanna troska o własne w nim położenie.

 Dla Boba inni ludzie to konieczność, a nie wybór. Ich oceniające spojrzenie ma nad nim pełną władzę. Bob będzie układał swoje życie tak, by to spojrzenie było mu maksymalnie przychylne, albo chociaż zwrócone w jego stronę. Będzie starał się przypodobać, będzie się chwalił, popisywał, kłamał, zabiegał o aprobatę, grał kogoś, kim nie jest, będzie próbował dominować innych, żeby udowodnić każdemu, jaki jest silny, a wszelkie własne słabości schowa tak głęboko, żeby nawet samemu ich nie widzieć. Będzie chciał wywierać wrażenie na obcych ludziach, pokazać im, że on jest taki a taki, i że trzeba się z nim liczyć. Skrywane wewnętrzne poczucie, że jest nikim, będzie motywować go do nieustannych prób wyróżnienia się za wszelką cenę. A gdy wreszcie ktoś na niego spojrzy, choćby z politowaniem, na krótką chwilę poczuje się spełniony.

W takiej sytuacji nie ma mowy o zbudowaniu z kimś zdrowego związku, a już na pewno nie z Emilią. Bob przyciągnie do siebie osoby na podobnym poziomie rozwoju, co on sam. Będą to relacje oparte na żądzach i wzajemnym wyrywaniu sobie duszy, żeby załatać własną. Będą pełne agresji, trzymania drugiego człowieka na psychicznej smyczy, zazdrości, a nade wszystko STRACHU, który zawsze leży u podłoża tego typu związków międzyludzkich. 

Strach.

Będzie Cię ścigał i będzie rósł tak długo jak długo będziesz przed nim uciekał. Im poważniej potraktujesz to, czego się boisz, tym strach będzie większy. Jeśli boisz się cierpienia emocjonalnego wynikającego z osamotnienia, będzie ono tym bardziej druzgocące, im więcej oporu mu postawisz. Opór jest tu rozumiany jako wewnętrzna niezgoda, a nie rozsądne działania zmierzające do zmiany sytuacji, w której się znajdujesz. 

Brak drugiego człowieka w Twoim życiu obiektywnie sprawi, że przez Twój mózg będzie przepływać mniej dopaminy i oksytocyny, co rzeczywiście może obniżyć Twój nastrój. Jeśli jednak Ty dorzucisz do tego całą emocjonalną narrację i historię o tym, jak bardzo Ci źle, to sam sobie dokopiesz w taki sposób, jak nie dokopałaby Ci nawet grupa kiboli spotkana nocą w ciemnej uliczce. Sam zwiększysz sto razy własne cierpienie i znacznie przekroczysz poziom wywołany jedynie czynnikami ściśle obiektywnymi. Po co?

To że musisz rozumieć swoje położenie (co wymaga myślenia o swojej sytuacji) to jedno. Ale chłostanie się tym położeniem, gdy nic nie możesz zrobić, albo gdy zrobiłeś już wszystko, co byłeś w stanie, to drugie. 

Tak, wiem, że umysł się wyrywa jak szalony do ciągłego przeżuwania problemów. Jeśli nad nim nie panujesz, zacznie on marnować energię na autoagresję. Energię, którą można by konstruktywnie wykorzystać w lepszym dla Ciebie celu. Nawet jeśli z jakichś powodów nie da się poprawić Twojej sytuacji na zewnątrz, można pokierować myśli tam, gdzie leżą pozytywne uczucia. Oczywiście abstrahuję od scenariusza, w którym po prostu lubisz cierpieć. Albo w którym obnosisz się ze swoim cierpieniem, żeby zwrócić czyjąś uwagę, więc nie możesz się go pozbyć, bo spełnia ono strategiczną funkcję w Twoim życiu. Zakładam jednak optymistycznie, że wcale go nie lubisz, nie chcesz i szukasz sposobu, by się od niego uwolnić.

Zatem najważniejsza różnica miedzy Bobem a Emilią w odniesieniu do samotności polega na tym, że Emilia się jej nie boi i jest otwarta na jej przeżywanie. W pełni akceptuje jej obecność w swoim życiu, a także to, że może ona pozostać z nią bardzo długo. Nawet do śmierci. Bob zaś ucieka w popłochu przed samą perspektywą, że mógłby zostać sam.

Bob boi się bólu emocjonalnego. Emilia nie. Mimo że z zewnątrz mogłoby się wydawać, jaki to Bob jest silny i władczy w porównaniu z delikatną Emilią, gdy zajrzysz do wnętrza tych osób, w pierwszym przypadku zobaczysz skulonego w kącie chłopca, a w drugim potężnego anioła, któremu żaden demon ciemności nie ośmieli się wejść w drogę. 

 Akceptując możliwość pojawienia się najczarniejszego możliwego scenariusza i wszystkich jego emocjonalnych konsekwencji, osoba uduchowiona uodparnia się na nie. Znając mechanikę emocji, wie, że żadna nie trwa wiecznie. Energia każdej wyczerpuje się prędzej czy później, o ile nie zablokujemy jej możliwości swobodnego przepływu przez nas. Gdy go zablokujemy, emocja zacznie gromadzić się w głębinach naszej podświadomości. Wypieranie się czegoś i ucieczka przed konfrontacją powodują powstanie napięcia, które jest tym większe im silniejszy jest nasz opór. Uwolnienie tego napięcia bywa bardzo nieprzyjemne, wymaga bowiem wejścia prosto w łapy rozrośniętego potwora, którego tyle czasu karmiliśmy swoim przerażeniem. Niestety nie ma innej drogi. Dlatego nie warto wypierać się czarnych scenariuszy, lecz wnikać w nie od razu, gdy tylko się pojawią. To jest droga do równowagi psychicznej i odporności psychicznej.

Czy tego chcesz, czy nie, prędzej czy później będziesz musiał spojrzeć w oczy wszystkim swoim demonom. Inaczej nigdy się od nich nie uwolnisz. Nie musisz z nimi walczyć. Po prostu wyjdź im na spotkanie. Pozwól sobie na świadome przeżycie w wyobraźni tego, czego najbardziej się boisz, wyobraź sobie, że to się ziściło, trwaj świadomie ze wszystkimi emocjami, które się z tym wiążą, a zobaczysz co się wtedy stanie. 

Wyjdź naprzeciw temu, czego się boisz.
Capuccetto Rosso by Palarran
https://www.deviantart.com/palarran/

Przekonasz się, kto przed kim zacznie się wtedy cofać. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *