W kwestii szczęścia zdecydowanie nie wszystko zostało powiedziane, a pewne niedopowiedzenia, czyli czarne plamy na mapie naszej wiedzy są tymi właśnie miejscami, gdzie można się potknąć albo zabłądzić. Dlatego pora się z nimi rozprawić. Dziś wprowadzimy trochę porządku do tego, co już wiemy z poprzedniego wpisu, opowiemy sobie o dwóch wymiarach, w których istnieje szczęście, rozwikłamy też zagadkę tajemniczego włącznika światła, o którym pisałem poprzednio. Na początek jednak przestroga.

Ludzie mają to do siebie, że usilnie dążą do dobrych doświadczeń, eksploatują pod tym kątem życie i wymagają od niego maksimum euforyzująco-uwznioślająco-rozkosznych stanów ciała i ducha. Najlepiej non-stop, od narodzin do śmierci. Nie chcą nawet słyszeć o jakimkolwiek cierpieniu albo bólu i uciekają w panice, gdy tylko pojawi się gdzieś na horyzoncie. 

Gloryfikacja hedonizmu otacza Cię ze wszystkich stron. Ci którzy zapoczątkowali tę gloryfikację nie interesują się w ogóle Twoim dobrostanem psychicznym, lecz Twoim portfelem. Ukształtowana przez media kultura popularna stawiająca na piedestale konsumpcjonizm i owo magiczne „korzystanie z życia” uczy ludzi, że największe dobro to ciągłe doświadczanie maksymalnie intensywnej przyjemności. Nikogo nie interesują długofalowe konsekwencje takiej postawy. Orgazm ma być silny, a kasa ma się zgadzać. Reszta nie ma znaczenia.

W rezultacie hodujemy w sobie niezdrowe oczekiwania co do możliwości własnego ciała, własnych umiejętności, wyglądu, emocji, zachowań innych ludzi i spotykających nas na co dzień wydarzeń. Powstaje w nas presja, gigantyczne wymagania i poczucie wewnętrznego przymusu na osiąganie przyjemnych doznań, a gdy ich nie mamy to myślimy, że marnujemy życie, że nie korzystamy w pełni z jego uroków, i że coś jest z nami źle. Zaraz za tym idzie poczucie winy, gniew na samego siebie, poczucie straty i inne tego rodzaju uczucia, które motywują nas do dalszej gonitwy za…

za czym? 

Za szczęściem, chciałoby się powiedzieć. 

Jeśli czytałeś mój pierwszy wpis, to wiesz już mniej więcej, co mam na myśli, gdy o nim mówię. Wspomniałem tam, że spokój wewnętrzny jest jego najważniejszą częścią, ale powiedziałem też, że jest ono jeszcze czymś więcej. Jest przyjemnością, a wręcz rozkoszą. A to wystarczy, by rozbudzić pragnienie zdobycia go, zamienienia go w cel i dążenia w jego kierunku. I przed tym właśnie chciałem Cię przestrzec. 

Wyuczona w procesie socjalizacji presja na bycie szczęśliwym i zawzięta za nim gonitwa jest pułapką, a my, ludzie bombardowani wpływami zachodniej kultury jesteśmy szczególnie podatni na to, żeby w nią wpadać. I gdy już w nią wpadniemy, to zamiast przybliżać się do obiektu naszego pożądania oddalamy się od niego jeszcze bardziej.

 To tak samo jak z seksem. Presja na przyjemność, zainteresowanie jedynie orgazmem i jego siłą prowadzi do uprzedmiotowienia ciała, impotencji i ostatecznie do zaniku przyjemności. Natura mówi wtedy do Ciebie jak rodzic: „Skoro nie potrafisz docenić tego co masz, to nie dostaniesz więcej, a nawet to Ci zabiorę, co masz, żebyś nauczył się pokory.”

Naprawdę potrzebujesz, żeby tak lekcja była tak bardzo bolesna? Może tak. Może właśnie tylko mocny cios jest w stanie sprawić, że w końcu się obudzisz, że nauczysz szacunku i wdzięczności za to, czym już teraz dysponujesz, a co kompletnie Cię nie obchodzi, bo przyszłość i następny moment jest zawsze lepszy, zawsze ważniejszy niż ten, który właśnie przeżywasz. 

Zatrzymaj się.

Stań na chwilę w miejscu, odetchnij i sprawdź, co się wtedy stanie.

Zobaczysz, że to, za czym tak gnasz samo przestanie pędzić przed siebie. Nie ucieknie Ci, nie zostawi Cię daleko z tyłu, lecz zatrzyma się razem z Tobą. Porzuć próby chwycenia tego za wszelką cenę, a przekonasz się, że w jakiś niezwykły sposób samo znajdzie się bliżej Ciebie niż kiedykolwiek wcześniej.

Wiem, że na pierwszy rzut oka bardzo kłóci się to z popularną ideą rozwoju osobistego, która głosi, że należy ciągle stawiać sobie cele, wytrwale dążyć do ich realizacji, i że ostatecznie to niby ma sprawić, że będziesz szczęśliwy.

Nie, nie będziesz. Osiąganie celów jest efektem bycia szczęśliwym, jest pobocznym dodatkiem do szczęśliwego życia, a nie sposobem na to, by je takim uczynić. Łatanie pustki wewnętrznej celami i kneblowanie nimi duszy wołającej o spotkanie z wyższym wymiarem nigdy nie da najprawdziwszej satysfakcji komuś, kto jest już gotowy na kolejny krok w rozwoju świadomości.

Żeby zlikwidować to pozorne nieporozumienie między rozwojem osobistym a duchowością, przejdźmy teraz do drugiej ważnej sprawy, czyli właśnie do wspomnianych na początku tego wpisu dwóch wymiarów, w których istnieje szczęście. 

Pierwszy wymiar to ten, w którym istnieje cel, droga z punktu do punktu, a największym możliwym osiągnięciem jest spokój. Ludzie, którzy znajdują się w tym wymiarze to poszukiwacze i rozwojowcy. Podejmują oni działania oraz wysiłki zmierzające do poprawy swojego ogólnego zadowolenia z życia, przemieszczają się w stronę coraz lepszych wersji samych siebie (albo coraz gorszych) i czerpią z tego satysfakcję (lub grzęzną w poczuciu beznadziei). Wszyscy się tutaj znajdujemy, nawet jeśli nie jesteśmy szczególnie aktywni. Ty i ja również.

Każdy z nas ma swoją pracę, którą musi tu najpierw wykonać zanim otworzy się przed nim możliwość przejścia wyżej.

Drugi, wyższy poziom, to miejsce, które rządzi się zupełnie innymi prawami. Tutaj nie ma już drogi z punktu do punktu, nie istnieje cel, nie istnieje czas, nie można nigdzie dotrzeć, ani dążyć do czegokolwiek. Tu wszystko już jest, wszystko jest dostępne teraz, zrobione, wykonane, gotowe. Jest to rzeczywistość całkowicie pozaumysłowa. 

Jak zapewne się domyślasz większość ludzi świadomie żyje tylko na tym pierwszym poziomie, w którym jest droga i posuwanie się naprzód, bądź w tył. Przypomina on zewnętrzną rzeczywistość, dlatego jest łatwy do ogarnięcia umysłem. To na nim właśnie istnieje rozwój i regres osobisty, stawanie się lepszym bądź gorszym, czas psychologiczny, o którym pisał Eckhart Tolle w “Potędze teraźniejszości”, przyszłość i przeszłość oraz cała nasza sytuacja życiowa. 

Szczęście zaś to kontinuum. Zaczyna się w tym niższym, nazwijmy go „umysłowym” wymiarze, przebija się przez niego do tego wyższego i mknie dalej wzwyż do obszarów przekraczających jakiekolwiek ludzkie pojmowanie. 

Zajmijmy się najpierw poziomem umysłowym. Tutaj osiągnięcie szczęścia jest równoznaczne z osiągnięciem spokoju wewnętrznego, harmonii, ładu i kojącego wyciszenia. W tym stanie z jednej strony nie ma szaleństwa wyczerpującej radości, a z drugiej gniewu smutku czy wstrętu. Nasz ogląd sytuacji nie jest wykrzywiony w pozytywną lub negatywną stronę przez targające nami uczucia czy rozbiegane myśli. Dzięki temu jesteśmy możliwe najbardziej obiektywni, umysł jest czysty i możemy widzieć rzeczy takimi, jakie są naprawdę. 

Jednak żeby naprawdę ten stan docenić, trzeba być wrażliwą osobą. Trzeba rozwinąć w sobie delikatność oraz wyczulenie na subtelności. 

To zaś oznacza, że są osoby, którym zupełnie nie będzie on odpowiadał. Zważywszy na Twoją biologię, temperament czy dotychczasowe uwarunkowania możesz być nim kompletnie niezainteresowany. Może nie być dla Ciebie nagradzającym doświadczeniem, a wręcz możesz odczuwać w jego wyniku frustrację wynikającą z niedostymulowania. Możliwe, że jesteś typem człowieka, który musi zostać smagnięty batem, żeby poczuć jakąś przyjemność. Kimś, kto potrzebuje w życiu rauszu, nieustannego szaleństwa, dziania się i problemów, bo inaczej nie czuje, że żyje. Tacy ludzie zazwyczaj nie interesują się duchowością, bo… bo to nudne. I tyle. 

Istnieje jednak znaczny odsetek ludzi uwięzionych w tym szaleństwie. Są to ci, którzy przyzwyczaili się do niego, którzy cierpią z powodu swoich problemów, chcieliby je rozwiązać, ale nie wiedzą jak i od nich uciekają. Zamiast dążyć do spokoju, przeskakują na drugą stronę skali – prosto w rausz i ekstazę. Leczą imprezami i alkoholem bóle, rany z przeszłości, poczucie bezsensu życia i inne problemy, które można rozwiązać w bardziej konstruktywny sposób, ale wymaga to pewnego wysiłku, niekiedy pomocy terapeuty, samozaparcia i wytrwałości. 

  Skoro to czytasz, to zakładam, że chciałbyś się zbliżyć do pewnej harmonii mentalnej i nawet jeśli jesteś osobą, która lubi dużo bodźców, to chcesz mieć dostęp do wymiaru ciszy, w którym można poczuć świętość życia, odsunąć troski dnia codziennego i móc zatopić się w tajemniczej magii tego niezwykłego momentu, który jest teraz. 

Droga w to miejsce zaczyna się zawsze od zaprowadzenia ogólnego porządku we własnej psychice. Można skorzystać z pomocy terapeuty, jeśli sami nie dajemy sobie z tym rady. Trzeba rozwiązać wewnętrzne konflikty, pozbyć się z otoczenia ludzi, którzy ciągną nas w dół, stawić czoła wypieranym emocjom i problemom, zaleczyć rany z przeszłości, odpowiedzieć sobie na wszystkie najważniejsze egzystencjalne pytania, takie jak: Kim jestem? Po co żyję? Jaki sens ma moje życie? Czy życie jest dobre? Jakie są moje wartości? Co się stanie ze mną po śmierci? i inne, istotne dla Ciebie. Nie należy się z tym śpieszyć, ale nie wolno też od tego uciekać. 

Wiem, że może się to jawić jako ogrom wielkiej pracy, ale spróbuj podejść do tego inaczej. 

Wyobraź sobie, że dźwigasz od lat wielki plecak wypchany kamieniami. Plecak tak Cię przytłacza, że ledwie stawiasz kroki. Bolą Cię plecy i masz wrażenie, że zaraz się przewrócisz. Obok Ciebie przebiegają sprintem ludzie bez plecaków, albo z małymi plecakami, które niewiele im ciążą. 

A teraz pomyśl, że znajdujesz sposób, by wyjąć jeden kamień ze swojego plecaka i wyrzucić go. Potem drugi i trzeci. Twój plecak wciąż jest ciężki, ale już nie uginasz się tak pod jego ciężarem. Idzie Ci się lżej i gdy spojrzysz w przeszłość, to zobaczysz, że Twój chód przyśpieszył znacznie i teraz możesz nawet wykonać długi krok przez jakieś błoto, przez które wcześniej musiałeś przebrnąć. 

Po pewnym czasie pozbywasz się kolejnych kilku kamieni. Teraz możesz się już swobodnie wyprostować i przestają boleć Cię plecy. Wciąż jeszcze nie możesz biec tak jak inni, ale zaczynasz już powoli czerpać radość z marszu. Momentami możesz sobie pozwolić nawet na truchcik. 

I nagle mijasz kogoś, kto dźwiga tyle samo, ile Ty na początku swojej podróży. Mijasz go truchcikiem, a on patrzy na Ciebie z zazdrością, tak jak Ty wcześniej patrzyłeś na innych z zazdrością. 

A potem wyrzucasz ze swojego plecaka jeszcze jeden kamień. I kolejny. 

Czy takie podejście nie jest lepsze? Po co skupiać się na odległej przyszłości, gdy możesz czerpać satysfakcję ze swoich małych kroków i stawania się lepszym od siebie z przeszłości a nie od innych? Zawsze się znajdzie ktoś, kto ma lepiej i zawsze znajdzie się ktoś kto ma gorzej, więc po co w ogóle się porównywać? 

Stopniowo, z każdym rozwiązanym problemem, z każdą odnalezioną odpowiedzią i w miarę zgłębiania istoty tego, czym jesteś, Twój bazowy poziom samopoczucia będzie zbliżał się w stronę spokoju. Poznając swoją duchową rzeczywistość, uwalniając się od ograniczających przekonań, zdobywając wiedzę i mądrość, zaczynamy czuć się bezpiecznie we własnej skórze. Cały wszechświat zaczyna powoli jawić się nam jako bezpieczne miejsce. W końcu dochodzimy do tego, że nasze samopoczucie częściej jest lepsze niż gorsze. 

Idąc dalej i dalej w porządkowaniu swojego umysłu odkrywamy nagle, że nie potrzeba nam już tak dużej ilości zewnętrznej stymulacji jak kiedyś. Nie musimy już codziennie chodzić na imprezy, bo nie ma już w nas tak dotkliwych, niemiłych uczuć, które wcześniej potrzebowaliśmy zagłuszać. Zamiast imprezować, by uciec od czegoś, teraz imprezujemy dla przyjemności. Znika konieczność, a pojawia się możliwość – chcemy to robić, albo nie. Nagle sam spokój zaczyna być przyjemny i dostępny coraz częściej. To ogromne świadectwo tego, że idziemy do przodu – prawdziwy powód do dumy! Dokopujemy się do skarbu, który zawsze mieliśmy w sobie. 

Ta podróż wcale nie musi tak wyglądać, ale w ogólnym ujęciu tak wygląda ona najczęściej. Nagłe oświecenia zdarzają się rzadko, ale też są możliwe. Nie będę jednak nawet próbował opisywać, jak by miała wyglądać taka nagła zmiana, bo sam czegoś takiego nie przeżyłem i nie mam pojęcia. 

Gdy w wymiarze umysłu uda nam się osiągnąć szczęście, otwiera się przed nami kolejny, wyższy wymiar. Tak naprawdę on zawsze jest otwarty, ale przez panujący niżej harmider, który non-stop nas angażuje, nie dostrzegamy go i nie wiemy o jego istnieniu. 

Ten wyższy wymiar jest mistyczny, tajemniczy i święty. Pada z niego to niezwykłe światło, o którym pisałem we wcześniejszym wpisie.

Ten blask może otulić nas niespodziewanie w każdej chwili naszej codziennej egzystencji. Im większy ład w nas panuje, tym większe prawdopodobieństwo, że tak się stanie.

I gdy to przytrafia nam się po raz pierwszy, nasze życie zmienia się totalnie. 

Od teraz jednym z naszych największych pragnień, o ile nie największym staje się możliwość skąpania się w tym świetle ponownie. 

Rozpoczyna się etap poszukiwania włącznika światła.

Etapowi temu towarzyszy zazwyczaj coś, co nosi nazwę „ciemnej nocy duszy.”

Ciemna noc duszy to etap bólu i tęsknoty za światłem, a także rozpaczliwych prób sprawienia, żeby ponownie nas otuliło. Jeśli nasze pierwsze doświadczenie przebłysku raju było niezwykle silne, może przyćmić wszystko, czego do tej pory doświadczyliśmy. Cała nasza motywacja, skupia się wtedy na ponownym dotarciu do takiego stanu mentalnego, w którym wyższy wymiar na chwilę się dla nas otworzył. 

I niestety im więcej wysiłku w to wkładamy tym większe nasze poczucie pustki i niezaspokojenia tej nowej potrzeby. Ogarnia nas noc, której nic nie jest w stanie rozproszyć. 

To bardzo zaawansowany poziom rozwoju duchowego i trudno go osiągnąć w dzisiejszym rozbieganym świecie. Większość ludzi nigdy do niego nie dotarła i zadowala się egzystencją na niższym poziomie, myśląc, że to wszystko, co oferuje życie.

 Żeby wejść wyżej trzeba skupić się mocno na sobie, każda zaś próba ze strony świata zewnętrznego, by zaangażować nas w jego sprawy, które teraz wyglądają na zupełnie błahe i przyziemne, jest odbierana jako dystraktor. Można nawet wpaść w gniew. A gdy wpadamy w gniew staczamy się w jeszcze czarniejszą noc. 

To trudny etap. 

Ciężko mi powiedzieć, czy u każdego przebiega on tak samo. Pewnie nie. Możliwe, że czasami jest łagodniejszy, a czasami nawet bardziej mroczny. Nie da się też powiedzieć jak długo on trwa. To zależy od Ciebie. Od tego, jak szybko ukończysz etap szukania włącznika światła, czyli wykonasz kolejny krok w rozwoju świadomości.

Chcesz, żebym opisał, jak ten kolejny krok wygląda?

Otóż.

W pewnym momencie orientujesz się, że…

włącznik jest jak łyżka.

A jak zapewne pamiętasz z jednego z najmądrzejszych filmów, jakie kiedykolwiek stworzono – łyżka nie istnieje. 

Nie może istnieć i to śmieszne, że kiedykolwiek wydawało Ci się, że jest inaczej, że możesz do tego włącznika sięgnąć i zacząć nim manipulować. Nie możesz, bo on nie istnieje.

Czy zatem nigdy nie wyzwolę się z ciemności? – mógłbyś zapytać.

– Nigdy.

 – Co???

 – Bo nie ma żadnej ciemności. Ona również nie istnieje. Zasłoniłeś oczy rękami i stąd ciemność.

 – Cooooo????

Być może to, co piszę w tym momencie jest dla Ciebie tak dziwne, jak dla naukowców w tej znanej historyjce, w której zbudowali wielki superkomputer mający dać ostateczną odpowiedź na pytanie o sens ludzkiej egzystencji, a komputer po chwili mielenia, stękania i furgotania wypluwa odpowiedź: „42”.

Gdy rozpoczniesz własne poszukiwania wszystko stanie się jasne. Czytanie o tym nie daje zbyt dużo rozeznania, jeśli nie towarzyszy temu jakiekolwiek osobiste doświadczenie, z którym można by się skonfrontować. Pozwól że zacytuję Osho, który w prosty sposób rozwiązuje tę zagadkę.

„Nie możesz zamienić boga w przedmiot. Nie możesz wystrzelić strzały swojego pragnienia do tarczy boga. Bóg jest albo wszędzie – jak zatem zrobisz tarczę? – albo nigdzie, i wtedy też nie możesz zrobić z niego tarczy.

Nikt nigdy nie dotarł do boga. Gdy zaprzestajesz wszelkiego docierania; gdy odrzucasz ten cały nonsens osiągania, wtedy nagle bóg przychodzi do ciebie sam. A gdy przychodzi – przychodzi zewsząd, ze wszystkich stron. Po prostu wstępuje do ciebie poprzez każdą cząstkę twojego istnienia. To nie ty docierasz do niego – to on przychodzi do ciebie.”

Osho mówi o Bogu, wcześniej używał słowa nirwana. Ja tam lubię słowo szczęście.

Widzisz jak wszystko się łączy w całość? Słowa to tylko strzałki wskazujące leżącą pod nimi rzeczywistość. Każdy ma swoje strzałki, które najbadziej lubi, i którymi najwygodniej mu się posługuje. Ilu nauczycieli, tyle układów różnych strzałek pokazujących to samo. 

Przydałoby się jakieś międzykulturowe ujednolicenie tego systemu nazewnictwa, bo straszny przez to nieporządek. 

Zauważ, że Osho wskazuje na nonsens osiągania. Coś, co w wymiarze umysłu było w samym centrum zainteresowania. Coś, do czego tak bardzo przywykliśmy, pewien rodzaj nastawienia mentalnego, które zabieramy wszędzie ze sobą już nawykowo. Chcemy wnieść to także w wyższy wymiar, w którym panują zupełnie inne prawa. A gdy tak robimy, to albo w ogóle nie można się tam dostać, albo zaraz z niego wypadamy. 

Dopiero myśląc zgodnie z prawami wyższego wymiaru wznosimy się na jego poziom. Myśląc zgodnie z prawami niższego wymiaru, wracamy do niego. 

Oto tajemnica tajemnic. 

Jako istoty ludzkie żyjemy jednocześnie w obu tych wymiarach i stąd całe zamieszanie. Z jednej strony jesteś fizycznym Tomkiem, Kasią czy Michałem, masz pracę, rodzinę, dzieci, plany na przyszłość i tak dalej, a z drugiej jesteś bezosobowym polem czystej świadomości, duszą, nieokreślonym istnieniem, którego domena różni się bardzo od tej, w której trwa ciało. 

You’re a human-being. That means you’re a human and a being at the same time.  Eckhart Tolle

A więc włącznik nie istnieje, bo światła nie da się wyłączyć, ani włączyć. Ono świeci zawsze i nic nie możesz z tym zrobić. Świeci nawet, jeśli Ty nie czujesz w danym momencie jego ciepła będąc skulonym w mroku własnych myśli. 

To bowiem, co czujesz, to właśnie rezultaty Twoich myśli, a nie rzeczywiste położenie Twojej duszy w wymiarze duchowym. Ona nigdy nie jest oddzielona od światła! To Twoje przekonanie o tym, że jest inaczej sprawia, że ciemna noc duszy trwa cały czas. Dzień nie nadejdzie, dopóki nie zrozumiesz, że sam mu na to nie pozwalasz.

Natknąłem się kiedyś w Internecie na niesamowicie trafną grafikę, która przedstawia właśnie tę sytuację i doskonale podsumowuje wszystko, o czym tutaj rozważamy.

Szczęście jest tu i teraz. Zamknij ten cholerny, umysłowy parasol.
Autor tej grafiki proszony jest o pilny kontakt.

Dokładnie tak to działa. 

Gdy pojmiesz to całym swoim sercem, pojawi się w Tobie niewysłowiony, egzystencjalny spokój. A jak pamiętasz, to on otwiera drogę światłu, pozwala mu dostać się do Twojej świadomości. 

Odpręż się. Porzuć odpowiedzialność za zrobienie czegoś, co już jest zrobione. Czegoś, co było zawsze zrobione, ale nie wiedziałeś o tym i myślałeś, że trzeba to wykonać, ale nie miałeś pojęcia jak. Koszmar się skończył. Już nie jest potrzebny. Nadszedł czas, by świętować. 

Do przeczytania Przyjacielu!


Jeśli wpis Ci się podobał, przeczytaj również jego część pierwszą tutaj.

Jedna uwaga do wpisu “Duchowość pod lupą (1): Szczęście. Część druga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *