W pierwszym wpisie jaki zamieściłem na tym blogu mówiłem, że pragnę pisać o duchowości, jednak nie wyjaśniłem co rozumiem pod tym słowem, nie podałem żadnej definicji, skazując Cię na intuicyjne rozumienie znaczenia tego słowa. Dziś chciałbym zacząć powoli rozwiewać mgły wątpliwości. Wpis ten będzie decydujący. Decydujący w tym sensie, że po jego przeczytaniu, albo mnie pokochasz i zostaniesz ze mną, albo znienawidzisz, przeklniesz, wydrukujesz wszystkie moje posty i spalisz razem z moim zdjęciem. 

Słysząc słowo „duchowość”, lub wyobrażając sobie kogoś „uduchowionego”  wiele osób niemal natychmiast widzi przed oczami człowieka klęczącego z różańcem przed obrazkiem Najświętszej Marii Panny, Żyda kołyszącego się w przód i w tył przed Ścianą Płaczu lub czytającego Torę, tłum muzułmanów oddający się modłom na środku jednej z francuskich ulic itd. Tego rodzaju zachowania niewątpliwie są przejawem religijności, ale niekoniecznie mają cokolwiek wspólnego z duchowością. Ludzie nagminnie mylą obydwa terminy, co jest bardzo krzywdzącym dla duchowości (dla religijności nobilitującym) nieporozumieniem. Zacznijmy więc od postawienia wyraźnej granicy między jednym a drugim. 

Religijność to mówienie, robienie i myślenie tego, co nakazuje religia. To przestrzeganie, mniej lub bardziej rygorystyczne, ustalonych przez daną religię zasad i wypełnianie obowiązków, które na siebie wzięliśmy stając się jej wyznawcami. Dla katolików będzie to np. coniedzielne uczestnictwo we Mszy Świętej i niejedzenie mięsa w piątek, dla muzułmanów z kolei pielgrzymka do Mekki oraz post w trakcie ramadanu. Ważnym elementem religijności jest wiara (szczególnie ta ślepa) w pewnego rodzaju „teoretyczne założenia”, czyli dogmaty religijne stanowiące ułożony na tacy, gotowy do skonsumowania sposób rozumienia rzeczywistości, głównie tej pozamaterialnej. Dogmaty są najczęściej wielokrotnie przetrawionym, przerzutym przez tysiące ust i zmodyfikowanym na przestrzeni czasu przekazem pochodzącym od kogoś, kogo później uznano za założyciela danego wyznania, mimo że on sam niekoniecznie do tego stanowiska aspirował. W miarę jak słowa danego guru (lub kilku pierwotnych gurów) zaczynają przyciągać coraz większą ilość ludzi, siłą rzeczy trafiają również do takich, którzy nie do końca dobrze je rozumieją, którzy nie osiągnęli takiego poziomu rozwoju wewnętrznego, jak pierwszy nauczyciel, którzy widzą formy zaspokojenia ego w nowo powstającej wspólnocie itd. Niestety tego rodzaju ludzie są zazwyczaj w większości. Wielu z nich może mieć naprawdę dobre intencje, jednak ich realizacja prowadzi na manowce. To oni ostatecznie zaczynają tworzyć to, co nazywamy religią. To oni zaczynają instytucjonalizować, tworzyć systemy, teatralne rytuały, hierarchie, stanowiska oraz zasady dla tych mniej oświeconych niż oni sami.

 Rezultatem tych działań jest powstanie wydmuszki. 

Pierwotna mądrość płynąca od oświeconego nauczyciela zostaje zatracona na rzecz skostniałej struktury będącej jedynie pożywką dla sprytnego ego. To ego ubrane w arcypiękne szaty utkane z precyzyjnie dobranych słów nieżyjącego dawno mistrza wygląda bardzo przekonywująco dla kogoś, kto czuje się zagubiony i szuka pomocy. Dla kogoś, kto nie potrafi jeszcze odróżnić prawdy od fałszu. Dla kogoś, kto się boi. I nagle przed kimś takim staje Jego Błogosławioność, złotouste ego, oferując na tacy roztrzaskujący wszelkie wątpliwości młot jedynej prawdy. Swojej własnej prawdy. I biedny człowiek jest rozradowany. Nareszcie ktoś go ocalił. Nareszcie ktoś uratował go z chybotliwej tratwy dryfującej po bezkresie egzystencjalnego niepokoju. „Czym mam ci się odwdzięczyć??” – pyta ocalony rozbitek ze łzami w oczach. „Wiernością i posłuszeństwem” – odpowiada ego z uśmiechem. 

Nie zamierzam wskazywać palcem żadnej konkretnej religii, której to dotyczy. Ten mechanizm jest uniwersalny i działa tak samo we wschodniej i zachodniej kulturze. Po prostu tak funkcjonuje człowiek na swoim najpowszechniej występującym na świecie poziomie rozwoju. Słabe ego ciągnie do silnego ego i na odwrót.

Ale też nie zrozum mnie źle. Nie chcę powiedzieć, że religia jest fuj, i że grono religijnych ludzi to sami egoistyczni oszuści otaczający się stadem nierozgarniętych owieczek. Absolutnie nie. Jest wśród nich od groma uduchowionych dusz! Jest dużo dobra, dużo miłości (wcale nie tylko do dzieci!) i cennej wiedzy prowadzącej do rozkwitu świadomości. Dla wielu osób religia jest oparciem, jest ważnym etapem w ich rozwoju. Jest jak boczne kółka w dziecięcym rowerze, które spełniają niezwykle istotną rolę, dopóki dziecko nie nauczy się utrzymywać równowagi bez potrzeby asekuracji. Gdy to się stanie kółka przestają być potrzebne. Następuje przejście od religijności do duchowości.

Czym zatem jest ta duchowość?

Duchowość jest tym, co zostało utracone w procesie formowania się religii. Soczystym jądrem mądrości, który zwabił szkodniki i skłonił je do założenia na nim gniazda. Jest wartością, drogą, kierunkiem i procesem dostępnym dla każdej istoty posiadającej samoświadomość. Nie tylko dla człowieka, choć oczywiście to on biegnie na czele tego maratonu.

Świadomość rozwija się we wszystkim co żyje. Gdy osiąga pewien poziom jej dalszy rozwój może stać się postrzeganym przez nią obiektem, którym od teraz może samodzielnie zarządzać. Poprzez zgłębianie istoty samej siebie i swojego związku z rzeczywistością, świadomość zaczyna się świadomie rozwijać. Rozwojem duchowym jest więc zdobywanie nowej wiedzy i umiejętności usprawniających nasze psychiczne funkcjonowanie i w konsekwencji prowadzących nas do poczucia coraz większego dobrostanu. Cechą charakterystyczną tego poczucia jest to, ze jest ono w dużym stopniu niezależne od wydarzeń dziejących się wokół nas. Dodatkowo, nabyta w toku rozwoju sprawność psychiczna (bardzo ważny termin, będę o nim dużo pisał w kolejnych wpisach!) sprawia, że nie tylko czujemy się świetnie, ale też świetnie funkcjonujemy w świecie, który nas otacza.

 
Jak widzisz, stawiając sprawę w ten sposób znacznie wykraczam poza potoczne skojarzenia związane z duchowością, szczególnie zaś oddalam się od utożsamiania jej wyłącznie z zachowaniami religijnymi lub wiarą w Boga.

Rozwój duchowy jest częścią rozwoju osobistego. Nie chciałbym jednak zagłębiać się w różnice między nimi, ponieważ nie są one teraz specjalnie istotne. Zaznaczę tylko, że rozwój osobisty jest pojęciem szerszym i zawiera w sobie rozwój duchowy.

 Z kolei konkretne sposoby na to, jak ten rozwój prowadzić, to formy praktykowania duchowości. Jest ich mnóstwo. Można je pomnażać w nieskończoność. Różnią się zależnie od kultury, w której powstały, jednak ich wspólnym rdzeniem jest (powinno być) oparcie w wiedzy o naturze umysłu oraz doprowadzenie do tego, by świadomość była bardziej świadoma. By była w stanie zobaczyć coraz więcej, sięgać coraz dalej i coraz głębiej w naturę rzeczywistości, którą sama stwarza, i której jest częścią. By podobnie jak nasionko różny zmieniające się w dorodny kwiat realizowała swoje przeznaczenie do wzrostu. By rozpoczynając swą podróż jako fizyczny, jednokomórkowy organizm stała się Chrystusem, Buddą, Kriszną, Mahometem, a ostatecznie pozamaterialną Boskością, Allahem, Brahmanem, Wszechświatem w pełni samoświadomym, zjednoczonym z Samym Sobą, będącym Wszystkim Co Jest, istniejącym poza czasem, w wiecznym Teraz.

Zauważyłeś, że ostatnie zdanie brzmi trochę jak religijne wyznanie wiary? To ciekawe spostrzeżenie, więc przyjrzyjmy mu się bliżej. 

Otóż, nie da się całkowicie wyeliminować elementu wiary. Nie ma też potrzeby, by to robić. Wiara sama w sobie jest areligijna. Każdy w coś wierzy. Ateiści, naukowcy, oni także wierzą. I to bardzo mocno, bardzo głęboko. Zauważ co mówią o badaniach naukowych. Mówią, że są one WIARYgodne, bądź nieWIARYgodne. Ta WIARYgodność jest zależna od tego, czy dane badanie da się zreplikować przez niezależnych naukowców rozsianych po całym świecie i uzyskać takie same, albo bardzo podobne wyniki. Wtedy takie badanie staje się godne ich wiary. Zaczynają wierzyć, że mówi ono prawdę o jakimś wycinku naszego eteru. Sto lat później pojawia się nowa technologia, której wykorzystanie całkowicie obala tezy (dogmaty?) ustanowione przez naukę minionego stulecia. I co? To się dzieje cały czas. Czy naukowcy wychodzą przed tłum i mówią: „Drodzy państwo, przez lata wierzyliśmy w kłamstwo i na jego podstawie podejmowaliśmy decyzje o tym, jak powinniście żyć, jak się odżywiać, jak się leczyć, co robić, co myśleć i jak pracować.”? Mówią tak? Choć bywają chwalebne wyjątki, najczęściej musi powiedzieć to za nich młodsze pokolenie naukowców.

Naukowcy to tylko ludzie. Są omylni. Są przekupni. Mają ego, które pragnie sławy. To się dzieje na większą skalę niż myślisz. Wygugluj sobie pana o nazwisku Diderik Stapel i zobacz czym zasłynął. Poczytaj o kryzysie replikacyjnym w psychologii, a dowiesz się, że …

nie powiem Ci. Sprawdź sam. Szczęka Ci opadnie.

Nauka jest trochę jak MLM. Piękna w teorii i na papierze. Robi wrażenie na tych, którzy nie siedzą w niej po uszy. Ale gdy ktoś zaczyna wchodzi głębiej w temat, zaraz ze wszystkich kątów zaczynają wychodzi brudy i śmierdząca prawda, ukryta czy to w źle zaprojektowanej procedurze badawczej, źle dobranej próbie, czy też tak okrutnym torturowaniu uzyskanych danych, żeby wreszcie powiedziały to, co chcemy. Przeciętny człowiek i tak tego nie sprawdzi, bo musiałby mieć surowe dane i jeszcze umieć przeprowadzić na nich analizy statystyczne, nie mówiąc już o poprawnym zinterpretowaniu ich wyników. Przeciętnemu człowiekowi wystarczy pomachać przed nosem świstkiem papierów zapisanych naukowym bełkotem i powiedzieć “zobacz, to jest udowodnione naukowo”. I już. Od teraz jest Twoim wyznawcą.

Czy tego chcesz, czy nie chcesz, wiara jest nieodłącznym elementem Twojego życia, niezależnie od tego, jak bardzo ortodoksyjny jesteś w kierowaniu się tylko szkiełkiem i okiem. W którymś momencie ona zawsze Cię dopadnie. Pytanie tylko w którym.

Jeśli jesteś skrupulatny i dociekliwy dużo trudniej Cię przechytrzyć niż typowego Janusza cieszącego się przed telewizorem, że jest mądrzejszy od tych głupoli, których ogląda w “Trudnych sprawach”. Trzeba się trochę napracować, żeby ominąć Twoją inteligencję. Ale spokojnie. Do radzenia sobie z takimi jak Ty wykorzystuje się dokładnie te same metody z tą różnicą, że Tobie nie trzeba machać niczym przed nosem. Ty ten papier przeczytasz. Jeden, drugi, trzeci, czwarty. Jak będziesz bardzo oporny, dostaniesz jeszcze piąty. Jeszcze Ci mało? Masz szósty. I siódmy, dla ostatecznego knock out’u.

Gdy wątpliwości Twojego intelektu zostaną już całkowicie roztrzaskane, niewiele różnisz się od wyznawcy dowolnej religii. Tą religią może być właśnie nauka. Zaczynasz myśleć, działać i przestrzegać zasad zgodnych z jej najnowszymi dogmatami. Przyjęcie dowodów wywracających Twój światopogląd może być dla Ciebie równie trudne, jak dla naukowca, który oparł swoją karierę na wynikach przestarzałych badań. Co więcej, te nowe dowody za kolejne sto lat mogą okazać się następną pomyłką. Wcale przecież nie musi być tak, że ktoś intencjonalnie Cię oszukuje.

Nie jest moim celem zniechęcić Cię do nauki. Absolutnie nie. Sam uwielbiam naukę i wielokrotnie będę się tutaj na nią powoływał. Chcę tylko, żebyś nie był wobec niej bezkrytyczny i traktował z dużą dozą ostrożności wszystko to, czego nie możesz osobiście zweryfikować. Żebyś dostrzegał jej ograniczenia wynikające z tego, że uprawiają ją ludzie, a nie bogowie, czy jakieś nieomylne, niepodlegające żadnym wpływom algorytmy.

Podsumowując, jesteśmy głęboko w ciepłej pupie, jeśli chodzi o poznanie jakieś stuprocentowej prawdy. Gdyby nie wiara, że jest coś, co jest pewne, po prostu nie dałoby się normalnie żyć. Nie wierzyć w nic, to nie posiadać żadnych przekonań, a tylko umarli nie mają przekonań. W pewnym sensie każdy z nas jest zatem religijny. Jednak żeby nie wprowadzać zamieszania „religijnym” będę nazywał tego, kto po prostu przestrzega zasad nakreślonych przez Katolicyzm, Islam, Hinduizm i inne typowe religie. Nauka lubi stawiać siebie w opozycji do religii, a religia w opozycji do nauki, więc pomińmy na razie taktownym milczeniem fakt, że niewiele się od siebie różnią i wróćmy do duchowości. 

Ale zanim do niej przejdę pozwolisz, że powącham najpierw stopy swojej dziewczyny.

Którą sobie wymyśliłem.

Mmmm….

Każdy z nas, czy tego chce czy nie, ma swoją mniej lub bardziej rozwiniętą sferę duchową. Zdrowa religijność to nic innego, jak praktykowanie duchowości w ramach wyznaczonych przez religię, jej założenia, kodeksy i dogmaty. Religijność jest tym mniej zdrowa, im więcej w niej samej religijności, a mniej duchowości. Terrorysta wysadzający się w metrze w imię Allaha jest osobą bardzo religijną. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwie go osobą uduchowioną! Religia kanalizuje Twoje poglądy o rzeczywistości, o świecie niematerialnym i jego prawidłach, mówi Ci co masz uznawać za prawdę, a co za fałsz. Którymi ścieżkami wolno Ci podążać, a którymi absolutnie nie. Które myśli możesz sobie myśleć, a które podsuwa Ci Szatan.

Choć z mojego punktu widzenia takie ograniczenia są całkowicie zbędne, jest mnóstwo ludzi, którzy doceniają płynące z nich poczucie bezpieczeństwa oraz wygodę bycia zwolnionym z egzystencjalnych i moralnych rozterek. Dzięki wyraźnym granicom życie staje się rozkosznie proste. Dobro, zło. Czarne, białe. Niebo, piekło. Grzech, spowiedź. Wytrysk – grzech. Brak wytrysku – nie grzech. Wszystko jasno i przejrzyście.

Oczywiście osoby religijne mogą być uduchowione i często są.

Ale często też nie są.

 W miarę jak rybka zaczyna rosnąć, albo opuszcza, albo poszerza granice swojego akwarium. Katolik, który chce włączyć medytację do swojego życia musi najpierw zmierzyć się z wątpliwościami zaszczepionymi mu w głowie przez Kościół Katolicki. Musi na własną rękę znaleźć przekonywujące informacje o tym, że nie jest ona niezgodna z wiarą katolicką, ani nie służy do nawiązywania kontaktu z demonami. Wszak informacji takich na pewno nie usłyszy z ambony podczas mszy niedzielnej. Powoli rybka staje się coraz bardziej pewna siebie, coraz odważniejsza i zaczyna płynąć tam, gdzie wcześniej się bała. Zaczyna ufać sobie bardziej niż zewnętrznym nakazom i zakazom. Zaczyna odkrywać prawdziwą rzeczywistość pod płachtą kolektywnych interpretacji wtłoczonych jej do głowy przez zbiorowość, z którą nie jest już tak nierozerwalnie związana. 

Tak właśnie było ze mną. 

Od wychowanego w tradycji katolickiej i zastraszanego demonicznym działaniem książek o Harrym Potterze chłopaka, przeszedłem przez zatwardziały ateizm, by wreszcie odkryć czystą duchowość, która zmieniła moje życie i stała się czymś, czym pragnę dzielić się z Tobą i całym światem. Może kiedyś napiszę o tym coś więcej.

Co jeszcze mogę powiedzieć o różnicach między duchowością a religią? Pomyślmy…

  • Duchowość jest pierwotna. Religia jest wobec niej wtórna.
  • Duchowość jest zawsze taka sama. Religie różnią się między sobą. 
  • Duchowość łączy ludzi. Religie dzielą ludzi.
  • Religia uważa, że jesteś mały. Duchowość, że jesteś wielki. (Nie chodzi o ego!)
  • Duchowość jest oparta na wiedzy wynikającej z osobistego doświadczenia. Religia na ślepej wierze w zewnętrzny autorytet.
  • Religia daje Ci prawdę na tacy. Duchowość skłania Cię do jej poszukiwania.
  • Religia jest śmiertelnie poważna. Duchowość ma dystans i poczucie humoru.
  • Religia nie istnieje bez swoich wyznawców. Duchowość nie potrzebuje wyznawców.
  • Religia daje Ci zbawcę. Duchowość mówi, że sam jesteś swoim przewodnikiem i własnym zbawcą.
  • Religia mówi, żebyś nawracał i próbował zmieniać innych ludzi na swoją modłę. Duchowość naucza, byś zmieniał siebie i dawał przykład.
  • Religia zdejmuje z Ciebie odpowiedzialność. Duchowość przenosi odpowiedzialność na Ciebie.
  • Religia sugeruje, że Bóg jest święty, a Ty nie. Duchowość mówi, że wszystko co stworzone przez Boga jest święte.
  • Religia twierdzi, że Bóg karze za grzechy. Duchowość głosi, że żadna represja nie może pochodzić od Miłości.
  • Według religii Bóg jest gdzieś w przestrzeni kosmicznej, a Ty jesteś tutaj na Ziemi. Według duchowości Bóg jest we wszystkim co istnieje. 
  • Religia obiecuje raj po śmierci. Duchowość prowadzi Cię do raju na Ziemi.
  • Religia całkowicie neguje ezoterykę. Duchowość eksploruje ezoterykę.
  • Religia to bogobojność wobec kodeksów.  Duchowość to etyka bez kodeksu.

Na razie to tyle. Jeśli coś jeszcze przyjdzie mi do głowy będę uzupełniał tę listę różnic. W kolejnym wpisie skupię się już całkowicie na duchowości i na jakościach, które według mnie należy do niej zaliczyć, i poprzez które należy ją definiować.

Do przeczytania!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *